– Wisła ma źródło na Baraniej Górze. Niedaleko.
– Na szczycie góry, tak? – ta wizja ma w sobie porządek: rzeki płyną z gór do morza, najpierw są perlistymi strumieniami, nad którymi unoszą się zielone ważki, potem tworzą rozległe delty, przy których potężne cywilizacje, w kolaboracji z kosmitami, stawiają podejrzane budowle z granitu i piaskowca.
– A Odra? – dopytywałam uparcie.
– Odra wypływa “gdzieś” w Czechach – odpowiedziała na odczepne moja matka, która najwyraźniej nie pasjonowała się w tamtym czasie rzekami, i zajęła się czymś ważnym dla siebie, zostawiając mnie samą z pulsującymi w głowie pytaniami. Jak to jest możliwe? Cóż to za hydrologiczna niesprawiedliwość?! Gdzieś w Czechach? Czy w Czechach są w ogóle jakieś góry? I kto, motyla noga, przeniósł źródło Odry do Czech?
Kilka lat temu, namówiona przez znajomych, sprawdziłam to. Odra, proszę Państwa, wypływa ze studni z napisem Odra, do której prowadzi drewniana piesza kładka otoczona torfowymi mchami i tatarakiem. Można do niej dojechać rowerem, odbijając z asfaltu w szutrową drogę ze znakiem “zakaz ruchu” i wkraczając na teren wojskowego poligonu Libavá. Źródło Odry znajduje się w Górach Odrzańskich, które mijasz, gdy jedziesz autostradą D1 z Ostrawy w stronę Ołomuńca (z prawej strony, z lewej masz Beskidy!).

Partnerem tego odcinka PREMIUMÓW jest ACCENT. Trasę przez Oderské vrchy pokonaliśmy na ich dwóch gravelach.
Pierwszy z nich to eksperymentalny aluminiowy Accent Furious na automatycznym Shimano Cues Di2 z dynamo w tylnej piaście. Tego modelu nie znajdziecie w sklepie – to ciekawostka, którą mogliśmy potestować.
Drugi to karbonowy Accent Freak na 13-rzędowym SRAM Rival XPLR AXS. W całości na komponentach Accenta, łącznie z kołami (i piastami).
- Rama: Accent Freak v2, karbon
- Widelec: Accent Freak v2, karbon
- Korba: Sram Rival XPLR, 42T
- Przerzutka tylna: Sram Rival XPLR AXS
- Kaseta: Sram XPLR, 10-46T
- Obręcze: Accent TGR Pro, 28H
- Piasta przednia: Accent TGR v2 28H, 100×12 mm
- Piasta tylna: Accent TGR v2 28H, 142x12mm, XDR
- Hamulce: Sram Rival AXS E1
- Opony: Vittoria Terreno T30 700x45C, czarno-brązowa, TLR
- Kierownica: Accent Furious, 420 mm
- Waga: 9,1 kg (rozmiar S)
Wtedy
W tamten dzień zrobiliśmy potężną na 160 kilometrów rundę, w trakcie której trochę gadaliśmy, a trochę milczeliśmy. Jedliśmy herbatniki z Lentilkami, piliśmy Kofolę i Birela, a pod koniec trasy umieraliśmy z głodu, gdyż tamtego dnia Czesi mieli ograć Szwajcarów w mistrzostwach świata w hokeju i w żadnej knajpie nikt nie potrafił się skupić, żeby coś sensownego ugotować. Pivo a arašídové křupky było wszystkim, na co mogliśmy liczyć.
Dziś
Zapamiętałam tę trasę jako łatwą, przyjemną i trochę pofałdowaną – idealną, żeby cyknąć parę fot i dokulać się do auta przed zachodem słońca. Słabą mam pamięć. I słabą wyobraźnię. Albo po prostu za dużo gadam i za wolno jeżdżę. Na pierwotnej trasie jest ponad dwa tysie pod górę!
W tym roku żeby “dokulać się do auta przed zmrokiem” ścinamy trasę o prawie pięć dych i 500 metrów w pionie. Za to znajdujemy czynny bike park, zorganizowany na małej górce między polami i zaliczamy mnóstwo serpentyn. W górach, gdzie najwyższe wzniesienie ma 680 m n. p. m.! W dodatku jest niedostępne dla cywilów, bo znajduje się na terenie wojskowego poligonu.
Opava
Startujemy z Opawy (Opavy), miasta o skomplikowanej tkance, położonego rzut beretem od polskiej granicy. Dojedziesz tu autostradą A1, która płynnie przechodzi w czeską autostradą D1 i dokończysz ekspresówką nr 11, bez opłat.
Podczas drugiej wojny światowej centrum dotkliwie ucierpiało wskutek nalotów: powojenny modernizm wchodzi tu na głowę secesyjnym kamienicom, całe miasto oplecione jest girlandami trolejbusowych kabli, a w maju przedmieścia pachną różami i rzepakiem. Przed II wojną światową zamieszkane w dużej mierze przez Niemców, mimo że w granicach świeżo powstałej Czechosłowacji, po wojnie, opuszczone przez wysiedlonych stąd niemieckojęzycznych mieszkańców, długo podnosiło się ze zgliszcz.
To nie jest miejsce, w którym kontemplujesz muzealną ciszę. Miasto zaprasza, by się w nim zatopić, zachwycić i poczuć rytm czeskiego Śląska – regionu, gdzie nic nie jest oczywiste. Mikro Wiedeń, taka jest Opava dla mnie. Młodzi mieszkańcy lubią swoje miasto, mimo że to totalna prowincja: mnóstwo tu kolarzy, biegaczy, kawiarzy… Jeśli masz czas, zatrzymaj się w lokalnej kawiarni Dolce Vita na śniadanie – najesz się po kolarsku!
Stąd, najpierw drogą, a potem rowerową ścieżką, kierujemy się na południe, wzdłuż rzeki Morawicy (Moravice), która wyznacza naturalny korytarz w stronę Hradca nad Moravicí.

Hradec nad Moravicí
Hradec (po polsku Grodziec Golęszycki) to miejsce bajkowe. Nad miasteczkiem, położony na stromym wzgórzu, góruje zamek, którego bryła wyłania się zza drzew niczym scenografia z legend o początkach państwowości – to tutaj, według podań, miała krzyżować się droga Mieszka I z orszakiem Dobrawy. Zamczysko jest potężne, trochę disneyowskie, a teren wokół to rozległy park, który zmienia się w stary, ciągnący się przez hektary las. Gdy zostawiasz za plecami mury zamku, kończy się łagodny dojazd, a zaczyna prawdziwa selekcja. W Žimrovicach mijamy starą papiernię, wspinamy się asfaltową, wijącą się serpentynami drogą i odbijamy w stronę Weisshuhnův kanálu. Ten wodny akwedukt, dawny krwioobieg lokalnego przemysłu, służący do transportu drewna, prowadzi nas w głąb Gór Odrzańskich. Szuter miesza się tu z asfaltem, droga meandruje, a teren zaczyna pracować – raz krótki podjazd, za chwilę szybki zjazd, wszystko to w otoczeniu wzgórz i rzeki, które z każdym kilometrem przynoszą kolejne zaskoczenia.






Wzdłuż Morawicy
Po paru kilometrach, za drewnianym mostkiem nad kanałem i urwistą skałą, na której pięknie opiera się słońce, z cienia drzew wyłania się Občerstvení u Čápa, czyli Bar u Bociana. To klasyk, miejsce, gdzie czas zwalnia. Małżeństwo prowadzące ten punkt nie bawi się w terminale płatnicze – tylko gotówka, tylko lokalna prawda, zresztą i tak nie ma tu zasięgu. Dawno temu, kiedy puszczony z konta przelew nie chciał przecisnąć się przez tę internetową dziurę, machnęli ręką: “zapłacicie następnym razem”. Możesz tu wypić schłodzoną kofolę lub piwo, zagryźć czeskimi chrupkami i obserwować, jak inni weekendowi włóczędzy nabierają sił przed kolejnym etapem swojej podróży. Coś jest w tym miejscu… zapach, ukształtowanie terenu, może dobra energia właścicieli… ale miałoby się ochotę tu zostać. Coś tutaj robi dobrze duszy. I wszyscy to czują.





Vítkovská vrchovina
Wzgórza Odrzańskie – czy też Góry Odrzańskie lub po prostu Oderské vrchy – to dla kolarza absolutny raj. Sieć fantastycznie poprowadzonych szutrowych dróg pożarowych, w połączeniu z licznymi szlakami pieszymi i wąskimi, wijącymi się asfaltami, tworzy przestrzeń stworzoną do eksploracji. To teren idealny zarówno na MTB i gravela (wiosną leci tędy świetny Silesia Bike Marathon), jak i na szosy, bo mało tu samochodów, a drogi są dobre i piękne. Sama rzeka Morawica, która towarzyszy nam od samego początku, jest tu niezwykle malownicza. Wije się meandrami wśród skał i pastwisk. Dalej na zachodzie, wąwozy, przez które przepływa, są tak głębokie i skaliste, że miejscami stają się zupełnie niedostępne dla turysty, a woda znika z oczu, by zaraz potem znów pojawić się kilkadziesiąt metrów niżej. Okolica ta żyje też historią wydobycia: Góry Odrzańskie usiane są starymi kamieniołomami i kopalniami łupka, którym do dziś pokryte są dachy w okolicznych wioskach.
Pierwsze kilometry szutrów to nieustanna gra terenu. Buki i świerki, wystające skały i wiosenne kwiaty sprawiają, że nawet jeśli droga lekko się wznosi lub opada, rower toczy się sam. To nie jest trasa, która straszy morderczymi stromiznami; jest tu przyjemnie, technicznie przystępnie, a przy tym bardzo dynamicznie. Mijamy kolejne trawersy i skaliste zbocza, aż wyrastają nad nami ruiny zamku w Vítkově-Podhradí. Nie będziemy jednak podjeżdżać asfaltowych serpentyn prowadzących do bramy – zostawiamy zamek po prawej stronie, niech dalej czujnie obserwuje skalisty brzeg, a my kierujemy się w stronę centrum Vítkova, by w miasteczku uzupełnić zapasy. Pozor, zase do kopce! (znów podjazd).









Zjazdy i podjazdy
To, co czeka za Vítkovem, to wstęp do rowerowej nirwany. Równy, szeroki asfalt łagodnie opada, prowadząc nas przez łąki wciśnięte między zbocza gór. Ruch samochodowy niemal tu nie istnieje; lokalni mieszkańcy rzadko korzystają z aut na krótkich dystansach, zwłaszcza w weekendy, więc mamy wrażenie, że świat wyludnił się specjalnie dla nas. Przejeżdżamy przez Jakubčovice nad Odrou, mijając potężny, pracujący kamieniołom, i odbijamy w trasę rowerową, nieuchronnie zbliżając się do „zakazanego” serca regionu – białej plamy na heatmapie Stravy – poligonu wojskowego Libavá. Zanim jednak dotrzemy do poligonu, trochę sobie popodjeżdżamy. 8 kilometrów, a potem znowu parę kolejnych Co Wy na to?

Vojenský újezd Libavá
Teren jest tu lekko pofałdowany i choć krajobraz jest złudnie łagodny, niemal nizinny, wciąż utrzymujemy wysokość około 600 metrów nad poziomem morza. Wkraczamy w strefę specyficzną. To miejsce o trudnej historii, po wysiedleniu Niemców sudeckich po II wojnie światowej, przez dekady niedostępne dla cywilów, wciąż służy jako poligon. 1 maja, w czasie kultowej imprezy Bílý kámen, za niewielką opłatą (symboliczne 100 koron) można legalnie wjechać na teren poligonu, by po wyznaczonych ścieżkach, pieszo lub rowerem, odkrywać miejsca, które przez resztę roku pozostają ukryte za wojskowym drutem. To jedyna okazja, by poczuć przestrzeń Libavy na własnej skórze i przekonać się, jak natura poradziła sobie z terenem, który przez dekady służył wyłącznie celom wojskowym.
Decyduj, czy masz czas iść na całość
Pięćdziesiąty piąty kilometr to miejsce, w którym możesz zdecydować: źródło Odry czy bujanie się po pagórkach bez punktu kulminacyjnego, gdzie sama runda jest kumulacją punktów niekulminacyjnych.
Jeśli czujesz, że 115 km Ci wystarczy, odbijaj w lewo na szczycie podjazdu. Jeśli masz misję „Źródło”, wal prosto.
Droga z Potštátu w stronę poligonu i osady Libavá to czas dla Twojej wyobraźni. Jeśli szukasz w myślach tych perlistych strumieni i zielonych ważek, które miały unosić się nad źródłem, rzeczywistość szybko weryfikuje wizje. Poligon Libavá to inne zwierzę. Wygląda jak stare karczowisko, ziemia tutaj jest surowa, naznaczona historią wysiedleń i wojskową dyscypliną. Mało tu drzew, więcej krzaków i szorstkich chaszczy. To połać ziemi zawieszona w czasie, dawne niemieckie wsie, które zniknęły z map, ustępując miejsca wojskowym polom ćwiczeń. To krajobraz „po przejściach” – surowe pustkowie, gdzie horyzont znaczą tylko pojedyncze, opuszczone zabudowania.
Źródło
Źródło Odry to skromna, murowana studnia z daszkiem, przysadzista i szara, jakby wyrosła wprost z tej surowej ziemi. Żadnych krzykliwych banerów, tandetnych straganów czy migających drogowskazów. Odra wypływa z ziemi dyskretnie, bez fanfar, jakby wstydziła się swojego pochodzenia. Otaczają ją wierzbowe i brzozowe krzewy, które w tej wilgotnej aurze zdają się pilnować narodzin rzeki. To hydrologiczny punkt zero, miejsce, gdzie wielka rzeka jest jeszcze tylko nieśmiałym wyciekiem, cichym szeptem wody ukrytym przed światem.
Czy jest tu nudno? Być może. Ale to właśnie w tej nudzie tkwi sedno tego miejsca. Łagodne wzgórza wypełniające horyzont, stada krów leniwie przeżuwające trawę i brak zasięgu, który z problemu urasta do przywileju. To przestrzeń, w której Twój mózg wreszcie przestaje skanować powiadomienia i zaczyna odpoczywać. Nie dzieje się tu nic, co zasługiwałoby na status w social mediach.







Brama Morawska
Jeśli nie wybrałeś drogi na skróty i właśnie wpinasz buty w pedały, patrząc na kamienną studnię z napisem „Odra”, przygotuj się na zjazd, który wbije cię w siodło. Gdy tylko wyjedziesz z surowego, poligonowego pustkowia i wrócisz na asfalt, zacznie się magia. Czeka cię blisko dziesięć kilometrów obłędu: wąska, kręta wstążka drogi, która nurkuje w głąb bukowego lasu. Powietrze jest tu rześkie od chłodu i wilgoci, a asfalt miejscami porasta aksamitny mech. Choć droga pozostaje otwarta dla aut, ruch prawie tu nie istnieje. Bądź jednak czujny, bo każdy zakręt może skrywać niespodziankę.
Kiedy kończy się las, przed oczami rozgrywa się spektakl: Brama Morawska, autostrada D1 jak blizna po Bursztynowym Szlaku, i za nią, jak koty o ciemnozielonej sierści, prężą swe grzbiety Beskidy. Po prawej, ze wzgórza, zerka zamek Helfštýn w Lipníku nad Bečvou, a w oddali, po lewej, dymią kominy Ostrawy – surowy kontrast dla zieleni. Góry Odrzańskie to nie Beskidy. Podczas gdy te drugie są łagodne i otwarte, Góry Odrzańskie bywają kapryśne, strome i niedostępne, z drogami wciśniętymi w głębokie, skaliste wąwozy.
Geologia
To najbardziej wysunięty na wschód fragment Sudetów, powstały w wyniku pionowych ruchów mas skalnych wzdłuż głębokich pęknięć skorupy ziemskiej. Ich charakterystyczną cechą są strome, niemal urwiste zbocza oraz płaskie lub lekko nachylone wierzchowiny, co odróżnia je od pofałdowanych, łagodniejszych Karpat. Ta tektoniczna surowość sprawia, że krajobraz jest pełen dramaturgii, ostrych kontrastów i niespodziewanych uskoków. Wszystko to nadaje Oderskim Wyrchom niezwykle malowniczy, niemal rzeźbiarski charakter, który przyciąga wzrok każdego, kto szuka w górach czegoś więcej niż tylko przewyższeń i wysokości.
Lot nad Bursztynowym Szlakiem
Od tego momentu trasa łapie oddech, staje się trochę bardziej przewidywalna, niemal monotonna. Kilkukrotnie przecinasz autostradę D1 – przeskakujesz ją wiaduktami, czując pod kołami szum wielkiego świata, który zostawiasz za plecami. Hranice? Pomachasz im z daleka, nie ma sensu tam zaglądać. Lipník nad Bečvou to inna bajka. Jeśli trafisz tam późną wiosną, zapisz się na maraton MTB; prowadzi świetnymi singlami na skraju Beskidów, a finisz na dziedzińcu zamku Helfštýn to czysta, kolarska adrenalina.
Odry
Potem teren znów zaczyna falować. Możesz zamknąć oczy i udawać, że jesteś we włoskich Dolomitach albo gdzieś w głębokim Podhalu. Krajobraz jest tutaj gęsty od zagajników, łąk i wąskich asfaltów, które wiją się jakby od niechcenia. Zjazd do miasteczka Odry to jazda na krawędzi. Obłędne serpentyny z nawrotami przywołują wspomnienia z okolic Gardy – pierwszy zakręt zaskakuje, drugi odbiera mowę, przy trzecim krzyczysz w euforii. Miasto miga między drzewami, wyłania się i chowa, wyglądając z góry jak idealna makieta. Na dole czekają knajpki, zapach smaženego sýra, gulasz z knedlikiem albo svíčková na śmietanie. Do tego obowiązkowa kofola lub „presso”. Tu Odra to jeszcze dziecko – lokalny potoczek, który dopiero uczy się płynąć.





Pivovarský šenk
Samo miasteczko Odry, od którego rzeka bierze swoje imię, ma historię ciężką jak kamień. Założone w XIII wieku, przez wieki było ważnym punktem handlowym, choć los często go nie oszczędzał – pożary, wojny, wysiedlenia. Dziś warto tam przystanąć przy Pivovarskim Šenku – budynek krzyczy swoim wyglądem: „tu jest gospoda!”. To klasyka, w której od progu czujesz zapach chmielu i tradycji. W architekturze miasta widać niemieckie dziedzictwo, dziś przemieszane z czeską codziennością.
Gdy wyjeżdżasz z Odr, czeka cię kolejnych pięć kilometrów podjazdu.

Fulnek
Fulnek mógłby być turystyczną perłą – rynek z ogromną figurą Nepomucena i zamek dumnie górujący nad okolicą. Podjeżdżasz tam brukiem, potem szutrem, a na górze cisza, która aż dzwoni w uszach. Fulnek, niegdyś ważne centrum braci czeskich i miejsce działalności Jana Amosa Komenského, po traumach XX-wiecznych wysiedleń stracił swój dawny puls. Zamek, choć odnowiony, sprawia wrażenie wyjętego z próżni – pusty, zadbany, ale pozbawiony życia. Miasto wyludnia się, witryny straszą starymi grami planszowymi, a zepsute neony w barach przypominają o czasach, które minęły bezpowrotnie. Fulnek to dziś piękne, lecz lekko wymarłe świadectwo tego, jak łatwo w Europie zgubić ciągłość historii, gdy znika gospodarz.
Powrót
Za Fulnekiem teren zmienia kostium i maskę. Skały, które dotąd napinały muskuły wzdłuż dolin, ustępują miejsca łagodniejszym liniom. Drogi nie szukają już schronienia w głębokich wąwozach, lecz odważnie wyciągają się na grzbiety pagórków, wystawiając nas na wiatr i słońce. Wjeżdżamy w krajobraz gęstszy od ludzkiej obecności – mijamy wioski, w których czas płynie leniwie, a każdy otwarty sklep to niemal skarb narodowy. Nie lekceważ tego. Jeśli widzisz witrynę z napisem potraviny, wchodź. Płynów nigdy za wiele, a węglowodany to tutaj jedyna waluta, którą zawsze chcesz mieć przy sobie.





Śląsk nigdzie nie jest prosty
Ta ziemia nosi na sobie ciężką patynę historii, która tłumaczy dzisiejszą melancholię tych miejsc. Oderskie Wyrchy nie zawsze były czeskim domem. Przez stulecia stanowiły niemal monolit niemieckiego osadnictwa – wyspy językowe, gdzie w cieniu sudeckich lasów budowano niemiecką kulturę, architekturę i ład. Czesi żyli tu obok, często w cieniu, aż do dramatycznego przesilenia po 1945 roku. Powojenne wysiedlenia Niemców sudeckich nie tylko wyludniły te wioski, ale wręcz wymazały całe światy.
Nowi osadnicy, sprowadzeni tutaj z głębi kraju, wchodzili w gotową, obcą strukturę, której często nie potrafili lub nie chcieli zrozumieć. To dlatego wiele tutejszych zabudowań ma w sobie ten dystans, dlatego zamki zdają się puste, a miasteczka sprawiają wrażenie, jakby wciąż czekały na powrót dawnych gospodarzy. Dzisiejsza sielanka łąk i krów pasących się na wzgórzach to tylko cienka warstwa farby na starym, mocno poturbowanym płótnie. Jedziesz przez krainę, gdzie ludzie wciąż uczą się, jak być „stąd”. Nie ma tu wielkich pomników, jest tylko cicha obecność przeszłości, którą czujesz w każdym zakręcie drogi, mijając resztki starych kamiennych murków i zdziczałe sady.






Zjazd do wnętrza Ziemi
Finał nie ma prawa być zwyczajny. Gdy myślisz, że Oderskie Wyrchy pokazały już wszystkie karty, droga wywija ostatni, dziki numer. Zaczyna się niewinnie, zjazdem z głównej drogi, a potem wpadasz w trans. Dziewięciokilometrowa przepaść w dół, zawieszona między pniami buków, świerków i sosen, na drodze zamkniętej dla ruchu, gdzie jedynym dźwiękiem jest szum opon tnących powietrze. Wije się, meandruje, nie ma końca. Zapominasz, że jeszcze przed chwilą piłeś kawę na wysokości, teraz grawitacja bierze Cię w objęcia i nie puszcza aż do samego Radunia.
Raduň
Tam, u podnóża góry, stoi pałac – klasycystyczna perła otoczona romantycznym parkiem To miejsce ma w sobie spokój, którego nie znajdziesz w wielkich turystycznych centrach; to subtelna architektura, która zestarzała się z niebywałą klasą. Zza murów zamkowych wyłania się wreszcie Opawa – biały punkt majaczący pośród soczystej zieleni wzgórz. Przy dobrej widoczności, gdzieś tam, daleko na horyzoncie, jak miraż, wyłaniają się Jeseniki.

Ty wybierasz
Masz wybór. Jeśli noc jeszcze nie szarpie Cię za kierownicę, pożegnaj się z Oderskimi Wyrchami w stylu, na jaki zasługują. Odbij na trawiaste pagórki, poszukaj jeszcze kilku szutrowych dróżek, które pozwolą Ci przeciągnąć ten stan zawieszenia o kolejną godzinę. Ale jeśli zmęczenie rozlewa się po mięśniach jak lepki miód – odpuść. Wbij na asfalt, przestań walczyć z terenem i pozwól sobie na powolne, niemal bezwładne staczanie się w stronę miasta. Niech koła toczą się same. Zasłużyłeś na ten powrót.
Tekst: Anna Tkocz
Zdjęcia: Anna Tkocz



