Skip to main content

Janowice Wielkie.

Od świtu wkurwia wszystko. Pulsująca pretensja. Wkurwia sine, ołowiane niebo. Wkurwia blade światło wyciekające na kafle w kiblu dla chłopców Podstawówki imienia Wandy Rutkiewicz, nasiąknięte przez dekady wstydem i szkolną przykrością. Wkurwia mnie dwudziestoczteromilimetrowy obiektyw pełnej klatki – wymaga bezczelności, której nie mam. Zaraz zacznie wkurwiać ziąb, wiatr i trzy stopnie. Płaskie kilometry. Wkurwiać będą zdrętwiałe stopy i dłonie. Wkurwia mnie kac, dojmująca monochromatyczność kotliny i lepka myśl, że to wszystko bez sensu.

Jelenia Góra.

W cukru.cafe serwują speciality i sernik, który jest niemal samym masłem. Sprzedają tu złudzenie przywróconego dobrostanu. Chłopak robiący matchę latte ma na piersi napis, że jest z cukru. Wszyscy jesteśmy dziś z cukru. Zanim tu dotarliśmy, Karkonosze wystawiły nam białą panoramę – majestatyczną, ale kompletnie niegroźną, jak pocztówka kupiona na dworcu.

Podejście na Górę Szybowcową wymusiło na nas ruch. Zrzucamy zbędne warstwy ubrań zaraz po tym, jak krew przypomina sobie drogę do palców. Na szczycie pijemy Baczewskiego z hydro-flaska. Wiśniówka jest rześka i lepka; jej wytrawność na finiszu zmienia się w ciężką, czekoladową słodycz. Świeci słońce i jest nienaturalnie ciepło. Prawie wierzymy w ten spokój.

Bóbr.

Ta rzeka nie ma w sobie krztyny urody; rzadko kiedy sprawia wrażenie, że w ogóle dokądś płynie. Końcówka marca obnaża jej nędzę. Bezlistne badyle sterczą na poszarpanym brzegu, a w mętnej wodzie gniją konary obgryzione do żywego – owoce mozolnej, zwierzęcej architektury. Brevet nazywa się „Bobry na gravele”. W milczeniu obserwujemy ten prymitywny wandalizm natury, który jest tu jedynym przejawem życia.

Wybitne single prowadzą nas pod samą zaporę w Pilchowicach. Kolejny dowód na to, że każdy tutaj chce coś zatrzymać. Ponad stuletnie, kamienne cielsko – niemiecka myśl techniczna zamieniona w monument porastający mchem. Bobry i ludzie. Obie te siły próbują wyrwać rzece kawałek stałego lądu.

Wokół majaczą zabudowania, które lata świetności mają dawno za sobą; czerwona cegła i ciężkie, poniemieckie bryły wyglądają, jakby zastygły w oczekiwaniu na powrót gospodarzy, którzy nigdy nie przyjdą. Jesteśmy tu tylko intruzami na rowerach.

Wleń. Pałac Lenno.

Ta trasa długo kazała na siebie czekać. Właśnie dla tej chwili. Choć jeszcze o tym nie wiemy. Siedzimy w pałacowym ogrodzie z kawą i, tym razem, wybitnym sernikiem. Cała posiadłość to rozległy, senny labirynt: budynek pałacowy, oficyna, gołębnik i dumnie brzmiący Belweder. Obok nich potężne bryły mieszkalne i dawna kolonia dziecięca z lat siedemdziesiątych – dziwny, betonowy ślad przeszłości, który wrósł w ten park na dobre.

Słońce jest teraz miękkie i zaskakująco ciepłe. Na horyzoncie znowu bieleją Karkonosze – te same, które obserwowaliśmy rano. Wciąż wydają się niegroźne. Dobrostan odnaleziony.

Wiemy, że zostały nam ledwie dwie godziny światła. Długi zaciągnięte za dnia spłaca się bezlitośnie po zachodzie słońca. Mamy sześćdziesiąt kilometrów wykręconych w sześć godzin. Zostało drugie tyle trasy i tysiąc dwieście metrów w pionie. Nie martwimy się tym nadto. Teraz jest po prostu dobrze.

Łysa Góra.

Kulminacja trasy po festiwalu wybitnych szutrów. Od trzydziestu kilometrów jedziemy w czystej, zwierzęcej euforii. Sztywne serpentyny z przystankiem w Bystrzycy, by zobaczyć osiemsetletni cis. Kobiety grabiące liście recytują nam jego historię, mówią o Piastach i wiekach trwania. Patrzymy na pień – drzewo jak drzewo. Jesteśmy ignorantami, którym się spieszy. Na szczycie Łysej meldujemy się w porze zachodu, którego nie ma. Niebo zaciągnęły sine, ciężkie chmury. Gdzieniegdzie tylko brudnopomarańczowe błyski pełzają jeszcze po horyzoncie.

Przed nami dziesięć kilometrów zjazdu. Wciągamy na siebie niemal wszystko. Puchówki zostają w torbach – jeszcze nie czas na ostateczne schronienie. Jeszcze odcinek przez polne wydepty, pokonywany nocą przy akompaniamencie kiszonki drażniącej nozdrza. I wreszcie ona. Wanda Rutkiewicz. Szkoła znaczy.

Już nie wkurwia. Wewnątrz jest obezwładniająco ciepło. Uśmiechnięte kucharki w szkolnym bufecie i buchające znad kotłów kłęby pary. Pachnie domem i brownie. Jesteśmy u siebie.

Podziękowania.

Dziękuję ludziom, bez których by się to nie wydarzyło.


Tekst: Michał Góźdź
Zdjęcia: Michał Góźdź