Teneryfa – największa wyspa archipelagu Wysp Kanaryjskich. Stanowi górzystą, wulkaniczną perełkę, która wielu kolarzom jawi się niczym legendarna Atlantyda. Skrywa wiele tajemnic, bywa trudna do zdobycia i miejscami niedostępna, a jednocześnie łączy w sobie liczne sprzeczności, które ostatecznie zlewają się w doskonałość. Jest tak perfekcyjna i zadziwiająca, że momentami trudno uwierzyć w jej autentyczność.
Można jej dotknąć, przemierzyć ją pieszo lub opłynąć, ale dla zachowania „higieny” – po prostu ją przejechałam (choć momentami to ona przejechała mnie :)). Teneryfa oferuje trasy, które zapierają dech w piersiach lub gwałtownie go przyspieszają. Niekończące się, wijące się serpentyny prowadzące w dół i w górę, spektakularne panoramy oraz niesamowita różnorodność klimatu sprawiają, że każda część wyspy zachwyca nas czymś zupełnie innym. Jedno jest pewne – gdyby kolarstwo miało serce, biłoby ono mocno i wysoko w tutejszych górach, w rytm oddechu i szumu opon.
Jaka jest zima w Polsce, każdy wie (i, o niedolo, każdy ją widzi za oknem!). Dlatego coraz częściej uciekamy w cieplejsze regiony, by złapać pierwsze promienie słońca, zapracować na kolarskie tanlines i zbudować nogę na nadchodzący sezon. Coraz chętniej podążamy też szlakiem zawodowego peletonu ProTour – trenujemy tam, gdzie najlepsi. A wybór jest ogromny: południe Hiszpanii, Włochy czy pozostałe Wyspy Kanaryjskie, takie jak Gran Canaria czy Majorka.
VeloPlannerSpragniona gór, słońca i ciepła, a także widoku trenujących zawodowców (choć ta przyjemność trwa zwykle krótko, gdyż przemieszczają się oni zdecydowanie zbyt szybko dla „zwykłych” śmiertelników), wybrałam Teneryfę na dziesięciodniowy kolarski pobyt. Była to już moja trzecia wizyta na tej wyspie, jednak zgoła inna od poprzednich – bardziej odkrywcza, eksplorująca, poznawcza i otwarta. Choć o Teneryfie napisano już wiele, a niezliczone trasy zostały szczegółowo opisane, chciałabym wyłuskać z mojego osobistego pamiętnika podróży kilka konkretnych miejsc, zachwytów i „polecajek”. Chcę się nimi podzielić, by być może kogoś zainspirować i oddać tę autentyczną radość z bycia tam. Chcę dać powód – sobie i Wam – by na tę wyspę wrócić lub w końcu się na niej pojawić.



Na początku był porządek…
Dlaczego właśnie Teneryfa? Pierwsze miesiące roku oznaczają tutaj mnóstwo słońca przy znikomych opadach, a do tego idealnie gładkie asfalty i wszechobecne, radosne „Hola!”. Wyspa oferuje nieprawdopodobne możliwości, choć nie należy do kategorii tych „najłatwiejszych” – rzadko uświadczymy tu płaskiego terenu (pewnym wytchnieniem może być jedynie zachodnie wybrzeże od strony El Médano). Co więcej, hasło „ja znam taki skrót!” może się tutaj zakończyć nachyleniem przekraczającym 25%, dlatego odradzałabym ryzykowne zjeżdżanie w wąskie hiszpańskie uliczki – chyba że świadomie szukacie przygody, co jest przecież wersją najbardziej pożądaną.
Podobnie jak w większości sfer mojego życia – tutaj również musiał być plan. Stąd też niezwykle istotnym wyborem, przed którym stanęłam, była decyzja dotycząca „miejsca do życia”. Teneryfa, jak długa i szeroka, oferuje w tej kwestii mnóstwo opcji, zależnie od indywidualnych potrzeb.

Canyon x ETNH
Pa
Partnerem wyjazdu była firma Canyon, która dostarczyła nam dwa modele Aeroad CF SLX 8 AXS. Ponieważ o rowerach szosowych, to my wiemy niewiele, nic na ten temat nie napiszemy. Wyglądają dobrze, jeżdżą szybko i pasują do konwencji białych skarpet i szosowych wakacji na Kararach.
Po więcej szczegółow o tych Aeroadach sięgnijcie na stronę Canyona.
Przyjęłam kilka kluczowych założeń: moja baza musiała być miejscem, z którego łatwo ruszyć na kolarski trening, dysponującym dostępną infrastrukturą handlowo-gastronomiczną (bo jedzenie to przecież podstawa!) oraz dającym możliwość sprawnego przemieszczenia się w dowolny fragment wyspy. Ostatecznie wybór padł na miasteczko Granadilla de Abona. Można śmiało powiedzieć, że z tego punktu otwierają się wrota do szerokiego wachlarza tras kolarskich, skąd z jednej strony roztacza się surowy, wulkaniczny krajobraz, podczas gdy z drugiej otula nas kojący błękit oceanu.
Miasteczko dysponuje świetnym zapleczem sklepowym i gastronomicznym, a dodatkowym atutem jest bliskość lotniska oraz niemal identyczna odległość do autostrady. Stanowi ona znakomity łącznik, pozwalający szybko dotrzeć do najbardziej pożądanych kolarskich miejscówek na wyspie. Wynajęty samochód bez wątpienia ułatwił nam nie tylko eksplorację Teneryfy, ale i samo planowanie epickich wypraw – tak aby nie tracić czasu na powtarzanie tych samych dojazdówek, lecz skupić się na samym kolarskim „mięsie”.
I skoro o mięsie mowa..

RUNDA!!!! #1 – nie bez powodu nr 1, czyli Teide
Jadąc na Teneryfę, myślimy przede wszystkim o tym, aby „zdobyć” wulkan. Można to zrobić na wiele sposobów, w czym pomaga jego centralne położenie na mapie wyspy. To, co dla mnie jest najpiękniejsze w zdobywaniu tej góry, to fakt, iż każdy podjazd – prowadzony z innej strony wyspy – oferuje zupełnie odmienne doznania: inny krajobraz, klimat, poziom wilgotności czy roślinność. To prawdziwa magia wyskakująca z kapelusza na każdym kroku lub z każdym obrotem kół!.
El Classico: Najdłuższy podjazd szosowy w Europie
Wybierając się na Teneryfę, jedni drżą przed 50-kilometrową wspinaczką (tyle mniej więcej liczy wariant z Los Cristianos przez Chío), inni zaś smakują to cierpienie w szczególny sposób, zamieniając je ostatecznie w czystą przyjemność – masochizm w najpiękniejszej postaci. W końcu nie bez kozery Teide w języku Guanczów (rdzennych mieszkańców wyspy) oznaczało Piekielną Górę – na samą myśl o niej nogi zaczynają piec. Podjeżdżając przez tak długi czas, można naprawdę dogłębnie przemyśleć swoje życie i uświadomić sobie, co jest w nim naprawdę istotne.
Najczęściej wybieraną drogą z południa jest trasa z El Médano przez Granadilla de Abona i Vilaflor pod tabliczkę na El Retamar (2200 m n.p.m.). Stamtąd możemy jeszcze „dociągnąć” pod samą kolejkę na Teide, przejeżdżając przez Boca Tauce, co pozwoli nam wylądować na wysokości 2350 m n.p.m. (sam szczyt wulkanu liczy 3715 m n.p.m.) . Trasę tę można podzielić na trzy charakterystyczne odcinki:
- El Médano – Granadilla de Abona: To 11 km podjazdu i około 640 m przewyższenia. Jest to etap najmniej widokowy i spektakularny, pokonywany w dość dużym ruchu ulicznym, gdyż prowadzą tędy drogi dojazdowe do autostrady i wyjazdy z okolicznych miasteczek. Poza świetnymi lodami w San Isidro (o których wspomnę w „Polecajkach”) nie znajdziemy tam nic wartego większej uwagi. Cieszę się więc, że mieszkając w Granadilla de Abona, miałam luksus ominięcia tego najmniej urokliwego fragmentu, co dodatkowo skróciło moją wspinaczkę o wspomniane 11 km.
- Granadilla de Abona – Vilaflor: Tutaj docieramy na wysokość 1400 m n.p.m., mając już w nogach 25 km podjazdu. Na tym etapie Teneryfa zaczyna odkrywać przed nami swoje najlepsze oblicze. Początek to skaliste zbocza i nieliczna zabudowa uroczych, hiszpańskich domków z widokiem na mieniący się w słońcu ocean. Mniej więcej w połowie drogi wkraczamy w rozległe lasy sosnowe, które rzucają kojący cień i dają chwilę oddechu od palącego słońca. Zaczynamy tu również pokonywać pierwsze wijące się serpentyny wśród skalistych wąwozów.
Warto wiedzieć: Alternatywnie z południa można pojechać przez Los Abrigos, Las Zocas oraz San Miguel de Abona, docierając ostatecznie do Vilaflor. Najstromsze fragmenty mają tam około 15% nachylenia, więc jeśli znudzi Wam się trasa klasyczna, jest to ciekawe urozmaicenie.

Creme de la creme: Finałowa wspinaczka
Z Vilaflor wkraczamy w decydującą fazę podjazdu – ostatnie 12 km prowadzące na wysokość 2200 m n.p.m.. To ostatnia miejscowość przed szczytem, gdzie można uzupełnić zapasy (refill) lub coś zjeść. Kręta droga ku górze wiedzie początkowo przez Las Cañadas del Teide (lasy sosny kanaryjskiej), które w połowie odcinka ustępują miejsca coraz bardziej księżycowemu, wulkanicznemu krajobrazowi. To tutaj nie tylko wysokość sprawia, że odczuwamy deficyt tlenu i przyspieszony oddech – mieniące się w słońcu złociste skały i ciemne pola wulkaniczne dają jasny sygnał, że cel jest blisko.
Docierając do El Retamar, często stajemy przed przepięknym widokiem „morza chmur” pod naszymi stopami. To cudowne uczucie: startując z Vilaflor w mglistej, niemal jesiennej atmosferze, nagle przebijamy się ponad ich granicę, obserwując nisko osadzone obłoki. Szczególnie polecam udać się tam na zachód słońca – zachwyt zapiera wtedy dech w piersiach, a jedyne, co można zrobić, to uśmiechnąć się do własnych myśli.
Podjazd pod Teide był jedynie początkiem mojej trasy. Z El Retamar powróciłam tą samą drogą do Vilaflor, by raz jeszcze nacieszyć się panoramą, choć z innej, szybszej perspektywy. Stamtąd zjechałam do La Camella (ok. 370 m n.p.m.), kontynuując podróż przez kręte drogi i tradycyjne hiszpańskie wioseczki. Hiszpania to dla mnie jedyny kraj, w którym kolorowe domki i proste konstrukcje nie rażą w oczy, lecz idealnie komponują się z lasami sosnowymi i widokiem na ocean. Ostatni etap to niezwykle przyjemny, wiejski „rollercoaster” prowadzący prosto do domu.



Perspektywa Północna: Podjazd z La Orotava
Drugim wariantem, który ma specjalne miejsce w moim sercu, jest trasa z północnej części wyspy, z La Orotava. Podjazd pod stację kolejki to około 38 km wspinaczki, podczas której pokonujemy blisko 2000 metrów w pionie. Startując z miasteczka, początkowo pokonujemy kręte drogi, mając Atlantyk za plecami. Ruch samochodowy jest tu niewielki, co pozwala w pełni cieszyć się zielonymi terenami i widokiem na ocean.
Po około 10 kilometrach wjeżdżamy w gęsto zalesiony obszar Corona Forestal (największy teren chroniony na kanarach), gdzie w 2023 roku miał miejsce największy od 40 lat pożar lasów. Wjeżdżając w tę strefę, klimat gwałtownie się zmienia – z nasłonecznionych stoków trafiamy w objęcia mgły, która sunie wraz z nami ku szczytowi. Znacznie szybciej niż ja i mgła przemknęła tam ekipa Bora-Hansgrohe, zmierzająca do swojej bazy w Parador de Las Cañadas del Teide (2150 m n.p.m.). Hotel ten ze względu na wysokość sprzyja hipoksji, dlatego w sezonie przygotowawczym rezerwacja noclegu graniczy tam z cudem. Warto jednak zatrzymać się tam na kawę – to świetna okazja do pamiątkowego zdjęcia z zawodnikiem z ProTour.
Zbliżając się do 2000 m n.p.m., ponownie przebijamy granicę chmur i wkraczamy w surowy krajobraz zbliżając się do Teide. Tego dnia dotarłam pod kolejkę dość późno, co było elementem planu – celem był zachód słońca na El Retamar. Widowisko światła i słońca znikającego w chmurach po prostu odbiera mowę.

Tę konkretną pętlę rozpoczęłam z Las Lajas – terenu rekreacyjnego w Parku Narodowym Teide (2100 m n.p.m.). Już po 100 metrach od startu znalazłam się pod słynną tabliczką, by następnie rozpocząć bardzo długi zjazd w kierunku Chío. Po drodze mijamy Boca Tauce (płaskowyż z obłędnym widokiem na wulkaniczne pola), zjeżdżając w stronę wciąż aktywnego wulkanu Chinyero.
Około 35 kilometrów zjazdu prowadzi do Santiago del Teide, skąd falistym terenem kierujemy się ku wybrzeżu i La Orotavie. Podjazdy na tym etapie nie są trudne, a oko cieszy błękit oceanu oraz gościnność hiszpańskich miasteczek, w których kolarze są traktowani z wyjątkowym szacunkiem. Całość zwieńczył opisany wcześniej podjazd z La Orotavy pod Teide – prawdziwa wisienka na torcie. To jedna z tych tras, którą chce się przejechać natychmiast po raz kolejny – nawet jadąc ją w odwrotnym kierunku, nie stracilibyśmy ani procenta z doznań, jakich dostarcza ta blisko 150-kilometrowa pętla.

#2 – Park Rural de Anaga
To zdecydowanie moja ulubiona część wyspy. Gdybym kiedykolwiek miała zamieszkać na Teneryfie, wybrałabym właśnie jej północno-wschodnią odnogę. Obszar ten zachwyca niespotykaną malowniczością: od turkusowej wody oceanu, przez wszechobecną zieleń lasów wawrzynowych i unikalną roślinność, aż po surowe, mroczne klify i skaliste zbocza. Warto jednak pamiętać, że to region o największej wilgotności – deszcz pada tutaj najczęściej i najintensywniej w porównaniu do reszty wyspy.
Anaga to kraina kontrastów, które mimo swej różnorodności tworzą niezwykle spójną całość. Znajdziecie tu piękne, wąskie i kręte drogi osadzone w niemal dżunglowym otoczeniu, idealne asfalty oraz znikomy ruch samochodowy. Czego chcieć więcej?
Planując trasę w tym rejonie, trzeba przygotować się na mnóstwo tzw. „ślepych” dróg, które na mapie wyglądają jak kreski – wymagają one podjazdu i zjazdu tą samą trasą. Jeśli po drodze miniecie znak Mirador (punkt widokowy), koniecznie zboczcie z kursu, bo właśnie tam ukryte są największe perełki. Choć zazwyczaj nie przepadam za trackami w formie odnóg, w Anadze jazda takimi trasami sprawia mi autentyczną przyjemność.

Start w San Andrés
Rundę rozpoczynam w miasteczku San Andrés, gdzie znajduje się duży parking tuż przy Playa de Las Teresitas. To wyjątkowe miejsce – jeśli chcecie poczuć odrobinę Afryki, znajdziecie tam autentyczny saharyjski piasek. San Andrés to jednak nie tylko plaża, ale także punkt obowiązkowy dla smakoszy: doświadczycie tam jednych z najlepszych lodów, jakie kiedykolwiek jadłam (szczegóły znajdziecie w sekcji „Polecajki”).
Na rozgrzewkę kieruję się z San Andrés w stronę Igueste. Nie pokonuję całego podjazdu do miejscowości, a jedynie jego pierwsze 2,5 kilometra (ok. 150 m w górę). Brak ruchu kołowego, rytmiczne serpentyny i kojący widok na ocean to idealny rozruch dla oczu i serca przed tym, co najlepsze.
W stronę zielonego złota
Po krótkiej nieobecności wracam do San Andrés i ruszam w głąb Park Rural de Anaga. Około 10 kilometrów łagodnego podjazdu pozwala nacieszyć oczy widokiem bujnej roślinności, która z tej perspektywy sama przypomina falujący ocean. Kontrast soczystej zieleni z błękitem wody jest wręcz oszałamiający. Droga jest kręta, ale niezbyt wymagająca (średnie nachylenie całego podjazdu to przyjemne 5,5%), a trasa pozostaje otwarta – z jednej strony mamy skaliste zbocze, a z drugiej panoramę małych wiosek skrytych w dolinach.
Następnie następuje całkowita „zmiana planszy” – zjeżdżamy do Benijo, mijając po drodze Taganana i Almáciga. Ta droga oferuje obrazki niczym z najpiękniejszej pocztówki: przejazdy przez strome wąwozy, górzyste grzbiety i majestatyczne klify. Zaraz za tunelem przy El Bailadero ukazuje się nam zupełnie inny świat. Choć wcześniej mogło się wydawać, że nic lepszego nas już nie spotka, Anaga ponownie potrafi zaskoczyć.
Zjeżdżamy do Taganana, skąd lokalnymi pofałdowaniami terenu (rolling hills) zmierzamy w stronę Benijo – miejsca, w którym kończy się asfalt. Choć w samym Benijo nie odnajdziecie legendarnej Atlantydy, czekają tam na Was spektakularne wulkaniczne klify. Mimo niechęci do wracania tą samą drogą, uważam, że warto dojechać do samego końca – choćby po to, by podczas powrotu raz jeszcze zachwycić się tymi samymi panoramami z nowej perspektywy.



Wyzwanie i finał na Pico Inglés
Zjazd do Benijo ma jednak swoją cenę – powrót nie należy do najłatwiejszych. Rozpoczynając wspinaczkę z Taganana, musimy zmierzyć się z fragmentami osiągającymi ok. 20% nachylenia, co w połączeniu z mocno nasłonecznioną drogą potrafi wystawić organizm na próbę. W zamian otrzymujemy jednak krajobraz tak unikalny, że już w trakcie jazdy wiemy jedno: będziemy chcieli tu wrócić.
Ostatnim punktem wyprawy jest droga na Pico Inglés, skąd roztacza się najpełniejszy widok na Park Anaga. Jazda tam to prawdziwa podróż przez dżunglę – przemierzamy dzikie, mroczne i mgliste lasy wawrzynowe (laurissilva). Z każdym kilometrem droga zabiera nas głębiej w otchłań parku, odsłaniając przepiękne wąwozy i roślinność wyrastającą wprost ze skalistych, wilgotnych zboczy. Drzewa wyginają się nad szosą, tworząc charakterystyczny zielony tunel (choć, uprzedzam, mało aerodynamiczny!).
Z Pico Inglés wracam już bezpośrednio (choć wciąż kręto) do punktu startu, zahaczając w San Andrés o wspomniany wcześniej lodowy adres. Wyprawa do Anagi to dla mnie za każdym razem runda czystych zachwytów, nieschodzącego z twarzy uśmiechu i pełnego rozkoszowania się magią tego miejsca. Jeśli szukacie trasy na perfekcyjny dzień w górach Teneryfy – nie mogliście wybrać lepiej.

#3 La Gomera – amore infinito
Gdybym mogła wybrać (wprawdzie nie bezludną) wyspę, na której spędzę resztę lub gro mojego życia to byłaby to Gomera. Opowieść miała być o trasach Teneryfy, jednak dla mnie te wyspy to jak yin i yang, niby zupełnie inne a jednak wizyta na tych obu wyspach jest dopełnieniem szczęścia, które może spotkać kolarza. Bo tu nie chodzi wyłącznie o jazdę pod górę i w dół, ale o to czego doznajemy w tej drodze na szczyt i mknięciu w górę. A tam po prostu wiesz i czujesz, że jesteś we właściwym miejscu.
Na Gomerę dostaniemy się promem z Los Cristianos – za bilet „z dzieckiem” zapłacimy ok. 70 EUR (w zależności od przewoźnika). Łapię pierwszy prom na wyspę i już o 10 startuję z RUNDĄ.
Na Gomerze warto zatrzymać się na dłużej niż jeden dzień, ale niestety tym razem nie było mi to dane. Trasa to „tylko 95km i 2.800 m w górę. Na Gomerze najwyższy szczyt (Alto de Garajonay) znajduje się na wysokości 1.487m n.p.m., nie ma tam jednak jednej mekki (jak na Teneryfie) do której wszyscy zmierzają pielgrzymką jak na Jasną Górę, tutaj wjeżdzając w głąb wyspy dotykamy szczytu a potem meandrujemy wśród dzikiej roślinności, jadąc na przemian przy odsłoniętych surowych górskich zboczach i mglistych lasach laurowych.




Trasę rozpoczynam z San Sebastian de la Gomera, gdzie zacumował prom. Jedyne 24km podjazdu zaprowadzą nas do szczytowego miejsca wyspy – lecz po drodze przeżyjemy nieodkryte dotąd doznania – niekończące się serpentyny wiodące nas do kolarskiego nieba, widok na Teide, które wręcz uśmiecha się do nas zza chmur i nie spuszcza nas z oczu aż do wjazdu na wysokość ok 1000m n.p.m. gdzie wkraczamy w Park Narodowy Garajonay – i tu dzieje się magia. Mgły przecinające nam drogę i zmierzające z nami pod górę, wiecznie zielone lasy wawrzynolistne (jak w Anadze, która mam wrażenie jest fragmentem Gomery na Teneryfie) tworzą tam absurdalnie przepiękny klimat. Następnie kieruje się w stronę Chipude gdzie ładuję papas arrugadas – w dosłownym tłumaczeniu „pomarszczone ziemniaki”. Będąc na Teneryfie, mogłabym jeść tylko je – podawane razem z czerwonym (mojo rojo– papryka, czosnek, kmin i oliwa) i zielonym sosem (mojo verde – kolendra/pietruszka, czosnek, oliwa i ocet) (patrz Polecajki).
Przez kolejne 10 km pozostajemy na Gran Ruta 18: Circular Garajonay, który w tej części prowadzi nas przez lokalne pola uprawne i górzyste zbocza. Napotkamy tutaj nadal sporo kaktusowców, które kiedyś były w tej części wyspy uprawiane, a obecnie ustąpiły miejsca innym roślinom tropikalnym i drzewom owocowym. Wjeżdzając w drogę GM2 ponownie wkraczamy w obszar niekończącej się zieleni, czujemy mglisty oddech na plecach i dalej drogą GM1 dojeżdzamy aż do miejscowości Vallehermoso skąd rozpoczynamy przedostatnią tego dnia wspinaczkę. Sama miejscowość jest malownicza i polecam się w niej zatrzymać na dłuższą chwilę – łączy ona w sobie zarówno bazę do plażowania, jak i znakomitą bazę do górskich wypadów. Podjazd ten należy do kategorii tych przyjemnych, niezmiennie łamiących serce widokami – górskie ostre zbocza, oceaniczne klify, wszechobecna zieleń. Szybki zjazd do Agulo i tam rozpoczynamy ostatnią już wspinaczkę oddalając się jeszcze na chwilę od oceanu wgłąb lądu, by po raz ostatni tego dnia zbliżyć się do Parku Narodowego Garajonay, dotknąć wzorkiem zachwycającej natury tej wyspy, zachłysnąć się dzikością tego miejsca.




Docierając do szczytu przejeżdżamy przez tunel, z którego wyjeżdżając rozpościera się przed nami widok na bardziej surową, skalistą część wyspy, z powulkanicznymi zboczami. Jednocześnie z każdą przejechaną serpentyną zbliżamy się do oceanu i San Sebastian, gdzie łapię ostatni prom na Teneryfę. I choć spóźnienie się na prom wcale nie byłoby karą, to warto zostawić sobie powód by móc tu wrócić…

#4 Masca – love/hate relationship
Gdybym miała wybrać jeden podjazd, z którym łączy mnie najbardziej skomplikowana relacja, bez wahania wskazałabym Mascę. To trasa z kategorii tych, które z każdym kolejnym zakrętem prowokują coraz szybszy oddech – i to nie tylko ze względu na rosnące nachylenie. Tutejsze wąwozy, bliskość oceanu i majestat gór tworzą unikalne „multikombo”, które na zawsze zapisuje się w pamięci kolarza.
Rozgrzewka i wulkaniczne baseny
Zacznijmy jednak od początku. Rundę otwieramy w Santiago del Teide krótkim, trzykilometrowym podjazdem. Następnie kierujemy się w stronę oceanu, pokonując niezliczone serpentyny i ciesząc oczy coraz wyraźniejszym błękitem wody. Przemierzamy górzyste tereny Parku Rural de Teno, podziwiając w oddali sylwetkę Pico del Teide oraz mozaikę wąwozów i pól uprawnych.
Długi, dwudziestokilometrowy zjazd prowadzi nas do miejscowości Garachico. To miejsce o unikalnym klimacie, który tworzy tradycyjna kanaryjska architektura – niska zabudowa, białe elewacje i czerwone dachy – oraz spektakularne, niespotykane nigdzie indziej baseny wulkaniczne.


Bezsennosć przed Buenavista del Norte
Kolejne 10 kilometrów prowadzi na zachód wyspy do Buenavista del Norte, gdzie zaczyna się właściwa „zabawa”. Muszę przyznać, że ta trasa zwykle funduje mi bezsenną noc i sprawia, że przed startem staję się niezwykle małomówna. Podobne emocje towarzyszą mi przy podjazdach pod Karkonoską (Przełęcz Karkonoską/Odrodzenie – nazwa zdecydowanie nieprzypadkowa) czy Modrym Sedlo. Mimo to staram się chłonąć każdą chwilę spędzoną na tej trasie niczym gąbka.
Wspinaczka na szczyt – pod Mirador de la Cruz de Hilda – to łącznie 20 kilometrów wysiłku, który możemy podzielić na trzy etapy:
- Buenavista del Norte – Los Carrizales (ok. 12 km): To najdłuższy, a zarazem najłagodniejszy fragment, choć z każdym kilometrem nabiera on na sile. Zostawiamy ocean za plecami, wjeżdżając w wulkaniczne serce gór Teno. Mijamy małe miejscowości, poruszając się wąskimi drogami. Nie musimy tu testować cierpliwości hiszpańskich kierowców – ich wyrozumiałość dla kolarzy zdaje się nie mieć granic, za co należą im się wyrazy wdzięczności. Ten etap kończymy na symbolicznym zakręcie – jeśli do tej pory myśleliście, że widzieliście już coś pięknego, przygotujcie się na to, że prawdziwe cuda są dopiero przed Wami. Góry, klify i doliny tworzą tu pejzaż, który trzeba po prostu zobaczyć na własne oczy.
- Los Carrizales – Masca (ok. 6 km): To odcinek czystego zachwytu nad krajobrazem. To jedno z najdzikszych miejsc na Teneryfie, niemal nietknięte ręką człowieka. Z siodełka obserwujemy strome klify, endemiczną roślinność i głębokie wąwozy skrywające liczne szlaki piesze. Przemierzamy zawiłe drogi, które z każdym zakrętem oferują nowy powód do zachwytu.
- Masca – Mirador de la Cruz de Hilda (4 km): Tu zaczyna się relacja typu „to skomplikowane”. Mogłabym zakończyć podróż w samej wiosce Masca i czuć się w pełni szczęśliwa, ponieważ te ostatnie 4 kilometry (z przewyższeniem ok. 440 metrów) autentycznie spędzają mi sen z powiek. To słodko-gorzka historia o kochaniu i nienawidzeniu podjazdu jednocześnie. Pokonywałam go o zachodzie słońca, co dostarczyło emocji trudnych do opisania: słońce znikające w oceanie oświetlało drogi i wąwozy, dając momentami wytchnienie – bo przecież mimo ogromnego trudu, jest tam szalenie pięknie. Dotarcie na szczyt sprawia, że człowiek czuje się, jakby wygrał życie (i cieszy się, że ono z niego nie uszło!).

Podsumowanie popołudnia
Na Mirador de la Cruz de Hilda docieram wraz z ostatnimi promieniami słońca. Bardzo polecam tę porę, ponieważ późnym popołudniem ogromny ruch turystyczny niemal całkowicie zamiera, co pozwala w spokoju ekscytować się widokami. Wyrównuję oddech, chłonę panoramę i czuję satysfakcję z wykonanej pracy. Stąd czeka nas już tylko krótki zjazd do Santiago del Teide – idealne zwieńczenie znakomitego popołudnia.
Warto wiedzieć: Z Buenavista del Norte możecie udać się także na najbardziej wysunięty punkt wyspy – do Latarni Punta de Teno. Około 12-kilometrowa trasa wiedzie krętymi, wąskimi drogami pośród surowych klifów. Ogromną zaletą jest fakt, że od maja do października droga ta jest wyłączona z ruchu samochodowego – dostaniecie się tam wyłącznie rowerem lub transportem publicznym

Polecajki, czyli co i gdzie…
Jeździmy, by jeść, i jemy, by jeździć!. Kawa, ciastko, rzemieślnicze lody czy inne lokalne „smakołyki” stanowią nieodłączną część kultury kolarskiej. Teneryfa ma do zaoferowania sporo unikalnych potraw i przekąsek – poniżej prezentuję moją subiektywną listę miejsc, w których zdecydowanie warto się zatrzymać.
Vilaflor
- Dulcería Hermano Pedro (Av. Hermano Pedro, 38613 Vilaflor): Idealny punkt na kawę, pyszne ciasto lub lody. To miejsce kultowe – często można tu spotkać zawodników z peletonu ProTour. Kawiarnia dysponuje zadaszonym tarasem tuż przy uliczce, gdzie w spokoju i z dala od miejskiego zgiełku można złapać chwilę oddechu.
- Los Cipreses de La Casa Inglesa (C. Francisco-Ortuño, 6, 38613 Vilaflor): O tutejszym serniku krążą już legendy. Mimo że lokal jest dość mocno schowany, znalezienie wolnego stolika bywa wyzwaniem – warto jednak uzbroić się w cierpliwość. To również doskonałe miejsce, by spróbować Barraquito, czyli niezwykle popularnej na Wyspach Kanaryjskich kawy. Podaje się ją w przezroczystych szklankach, by móc rozkoszować się jej efektownymi warstwami. Klasyczny przepis (licząc od dołu) obejmuje: słodkie mleko skondensowane, likier (zazwyczaj Licor 43, choć dostępny bywa też wariant bezalkoholowy), espresso oraz spienione mleko, a całość dekoruje się cynamonem i skórką z pomarańczy lub limonki. Można spotkać także wersje wzbogacone bitą śmietaną.
Anaga
- Bambola Gelato Crepes & Gofres (Av. Pedro Schwartz, 9, 38120 San Andrés): To jedne z najlepszych lodów, jakie kiedykolwiek jadłam!. Lokal otwiera się około południa i niemal natychmiast ustawiają się przed nim kolejki. Ogromny wybór smaków sprawia, że podjęcie decyzji staje się prawdziwym dylematem – każdy wybór wydaje się dobry, ale inny może być jeszcze lepszy. Polecam odwiedzić to miejsce w grupie, by móc skosztować wielu wariantów (o ile Wasi towarzysze nie wyznają zasady Joey does not share food!).
- Restaurante Los Roques Casa Pepe lub Restaurante Casa Africa: Dwie przepięknie położone restauracje serwujące lokalne owoce morza, takie jak krewetki czy ośmiornice, podawane w towarzystwie niezawodnych ziemniaczków papas arrugadas. Widok na ocean, morska bryza i szum fal sprawiają, że łatwo się tu rozmarzyć i rozleniwić. Ostrzegam jednak przed nadmiernym przejedzeniem – choć lokalne smaki bardzo ku temu skłaniają, pamiętajcie, że chwilę później czeka Was majestatyczny podjazd, a dodatkowe obciążenie w żołądku może nie zostać dobrze przyjęte przez organizm.
La Gomera
- Chupinus (Pl. de la Constitución, 14, 38800 San Sebastián de La Gomera): Miejsce, które bardzo poleca się na szybki przystanek przed jazdą lub w pośpiechu na prom. Wybór smaków przyprawia o zawrót głowy, ale jak wiadomo – lody nie pytają, lody rozumieją.
- Hotel Bar Sonia (Plaza de Chipude, s/n, 38840 Vallehermoso): Znajdziecie tu pełen wachlarz kanaryjskich potraw. Z moich rekomendacji: koniecznie spróbujcie Canarian Potatoes z sosami mojo oraz ciastka jabłkowego z orzechami (warto o nie dopytać obsługę!). Świetnym i szybkim wyborem jest również Bocadillo, czyli tradycyjna kanapka, dostępna w wielu wariantach, zarówno mięsnych, jak i wegetariańskich.
Pozostałe perełki
- Heladería Artesanal Belli Freski (Av. Santa Cruz, 72, 38611 San Isidro): Genialna lodziarnia przy głównej drodze prowadzącej na Teide. Gdy już tam wejdziecie, prawdopodobnie nie będziecie chcieli wyjść.
- Calima Cafe (C. Evaristo Gómez González, 38612 El Médano): Idealny punkt zbiórki na rozpoczęcie rundy przy znakomitej kawie. Barraquito, Café con Leche czy Cortado – wybór należy do Was, bo nic tak nie poprawia humoru jak dobra kawa przed, w trakcie lub po jeździe.
- Pasteleria La Milonguita (C. Inglaterra, 1, 38612 El Médano): Wyjątkowe połączenie piekarni i cukierni, które przemyca smaki Ameryki Południowej na Wyspy Kanaryjskie. W przygotowanie wypieków włożono ogrom serca, co widać już na pierwszy rzut oka – wchodząc tam, je się oczami i ma się ochotę na dosłownie wszystko, co znajduje się za szklaną ladą.
- Bar Parada Chio (P.º de la Libertad, 10, 38689 Chío): Moje pierwsze skojarzenie z tym miejscem to „Góra Kawiarnia na Teneryfie”. Kolarski klimat bije tu po oczach i sprawia, że każdy pasjonat dwóch kółek czuje się jak u siebie. Warto uciąć sobie pogawędkę z właścicielem, Rafą, i skosztować lokalnych specjałów.



To już jest koniec…
Dni na Teneryfie mijały z prędkością światła, a ja każdą chwilę wykorzystywałam na chłonięcie kanaryjskiej bryzy, rześkiego deszczu, spektakularnych zachodów słońca oraz wszechobecnej zieleni, która tak mocno kontrastuje z surowością wulkanu i potęgą oceanu. Mimo że była to już moja trzecia wizyta na tej wyspie i mam pełną świadomość, jak wiele innych fascynujących zakątków świata czeka jeszcze na odkrycie, Teneryfa pozostaje jednym z tych wyjątkowych miejsc, do których po prostu chce się wracać. I to w różnych odsłonach – pobyt tutaj można przecież z łatwością połączyć z eksploracją sąsiednich wysp, oddalonych o zaledwie 2–4 godziny podróży promem. Pozwala to stworzyć wizję pięknej, wyspiarskiej przygody w duchu bikepackingu, która tylko czeka na realizację…
Tekst: Malwina Łączyńska
Zdjęcia: Michał Góźdź, Michał „Makyo” Szulhan, Adam Kolarski



