Skip to main content

Three Countries by GravOn w 2025 roku był zupełnie nową formułą ścigania, ale przede wszystkim doświadczania i przeżywania – samotnego, wspólnego, radosnego i czasem gorzkiego. Trasa w 2026 roku została zmieniona, ulepszona – dodając elementy, które sprawiały że wszystko było jeszcze bardziej.

W samym wyścigu udziału nie wzięłam, jednak trasa była zapisana (i nadal pozostaje) w ulubionych, w kategorii MUST. Szukając okna pogodowego (którego nie odnalazłam!) w 3 dni, z 3 towarzyszami podróży przejechaliśmy trasę Three Countries. Czy to rzeczywiście jedna z tych tras, do zapisania jako MUST RIDE?

UWAGA: Poniższa trasa NIE jest oficjalną trasą GravON: 3C. To luźna jej interpretacja na potrzeby bikepackingowej przygody.

VeloPlanner

Akt I – Ještěd

Trasę rozpoczynaliśmy i mieliśmy w planie zakończyć na Jizerce, czyli odmiennie do trasy wytyczonej przez organizatora wyścigu 3Countries, który startował z DCS w Jakuszycach.
Dzięki uprzejmości Chata Stara Pila na Jizerce mogłam bezpiecznie porzucić tam auto i rozpocząć 3-dniowy bikepacking rozkuszując się crème de la crème polskich, czeskich i niemieckich szuterków.
Poranek na Jizerce powitał nas zawilgoconym, mdłym i chłodnym powietrzem. Funkcja grzania w aucie okazała się w lipcowy poranek najbardziej pożądaną. Padało całą noc, 10 stopni o poranku wręcz „zachęcało” do rozpoczęcia przygody w formule credit card bikepacking. Ale przecież będzie jeszcze słoneczko i ciepełko, więc w ramach pakowania żyćka do toreb – manifestacyjnie puchówki nie zabrałam!
Plan był prosty – 145km, ~3k up i spanko w Hřensko już na granicy czesko-niemieckiej.

Wyjeżdżając z okolic Jizerki, od pierwszych kilometrów wjeżdżamy w jeden z najbardziej surowych zakątków Gór Izerskich – rozkoszujemy się tutaj niezbyt długimi, rytmicznymi podjazdami, każdy w swoim tempie – ciesząc się rosnącą temperaturą i pięknymi premiumami.

W dalszej części trasy pojawiają się widoki na najwyższe partie Gór Izerskich, z charakterystycznym masywem Smrka oraz grzbietami ciągnącymi się w kierunku Polski. Kulminacyjnym momentem naszej dzisiejszej trasy jest podjazd na Ještěd – bez wątpienia jeden z najbardziej kultowych kolarskich podjazdów w Czechach (który zwykle pokonywałam na szosie jadąc z Liberca lub od strony miejscowości Křižany).

Droga prowadzi przez las, początkowo pozwalając złapać równy rytm, by z każdym kolejnym kilometrem stopniowo zwiększać wymagania. Ostatnie serpentyny, jak też proste są już zdecydowanie bardziej wymagające. Ukazujący się przy wyjeździe z szutrów monumentalny Ještěd daje świadomość zbliżającego się końca wspinaczki. Na wysokości 1 012 m n.p.m. czeka nagroda – panorama obejmująca Góry Izerskie, Karkonosze, Góry Łużyckie – wiatr za to szybko zachęca nas do wejścia do środka hotelu. Sam budynek na szczycie, będący ikoną czeskiej architektury XX wieku, sprawia, że zdobycie Ještědu daje satysfakcję nie tylko sportową, ale i krajobrazową. To jeden z tych podjazdów, do których chce się wracać – wymagający, malowniczy i zapadający w pamięć na długo po zakończeniu jazdy.

Ruszając dalej na zachód, krajobraz zaczyna się zmieniać. Łagodne granitowe góry ustępują miejsca coraz bardziej pofałdowanemu terenowi Pogórza Łużyckiego, a na horyzoncie zaczynają pojawiać się stożkowe wzniesienia pochodzenia wulkanicznego. Ta część trasy jest zupełnie inna niż Izery. Zamiast długiego wspinania pojawia się nieustanna zmiana rytmu – krótkie podjazdy często przekraczają 10%, po których następują równie dynamiczne zjazdy. To teren, który nagradza dobrą technikę jazdy i umiejętność gospodarowania siłami.

Finałem pierwszego dnia trasy jest wjazd w okolice Czeskiej Szwajcarii i Łabskich Piaskowców. To jedno z najbardziej niezwykłych miejsc w Europie Środkowej, a dotarcie tam w okolicach zachodu słońca jeszcze potęguje rozpierającą serce radość z bycia tam – tu i teraz. Zamiast szerokich grzbietów pojawiają się pionowe piaskowcowe ściany, głębokie wąwozy i lasy wyrastające niemal spod skalnych urwisk.

Akt II – Czeska & Saksońska Szwajcaria

Zaplanowana na drugi dzień trasa, od samego rana ulega zmianom i negocjacjom – ostatecznie tego dnia pokonujemy ok. 130 km i ~2.2k up.
Od pierwszych kilometrów rozpoczętego długim porankiem dnia, towarzyszą nam gęste lasy Czeskiej Szwajcarii (zachwyty nad Szwajcarią zwykle opadają, po dodaniu przymiotnika czeska – choć niesłusznie), poprzecinane głębokimi dolinami i potokami. Drogi wiją się pomiędzy piaskowcowymi skałami, raz prowadząc wysoko ponad dolinami, by chwilę później gwałtownie opaść w kierunku niewielkich, ukrytych wśród lasów miejscowości. To teren, który nie pozwala na monotonną jazdę – hopka goni hopkę, a momentami strome gravelowe ścieżki zaskakują nas poziomem wysiłku, który trzeba włożyć w ich pokonanie.

Im dalej na południowy wschód, tym krajobraz staje się bardziej otwarty. Leśne odcinki przeplatają się z rozległymi łąkami i polami, z których co chwilę rozciągają się panoramy na charakterystyczne stożkowe wzgórza Gór Łużyckich oraz piaskowcowe formacje wyrastające ponad korony drzew. To właśnie ta różnorodność sprawia, że nawet po wielu godzinach w siodle trudno odnieść wrażenie, że jedzie się przez podobny teren.

Ogromnym atutem tego etapu jest również spokój. Przez długie odcinki można jechać praktycznie bez ruchu samochodowego, słysząc jedynie szum lasu i śpiew ptaków. Po stronie niemieckiej trafiamy na usytuowane wśród rzeki Elbe ścieżki, które zaprowadzają nas do cudownych hiszpańskich tapasów w miejscowości Köningstein. Po solidnej dawce hiszpańskiej fiesty kierujemy się z powrotem do Czech – omijając część trasy z oryginalnej wersji 3Countries, która ciągnęła się ścieżkami wzdłuż rzeki.

Po intensywnym pierwszym dniu z podjazdem na Ještěd, ten etap pokazuje nam zupełnie inne oblicze pogranicza – bardziej dzikie, spokojniejsze i jeszcze bliższe naturze. To właśnie takie odcinki często pozostają w pamięci najdłużej, bo zamiast jednego spektakularnego momentu oferują nieprzerwany kontakt z krajobrazem, który zmienia się z każdym kolejnym zakrętem i przejechaną hopką. Dzień zakończył się dla nas dojazdem w deszczu do cudownej chatki Chalupa chalupa, którą bardzo polecam Wam odwiedzić i skorzystać z opcji śniadania – domowe ciasto do śniadania, powodowało, że ostatnią rzeczą której chcieliśmy, to wracać do rzeczywistości.

Akt III – e w a k u a c j a!

Trzeci dzień rozpoczął się spokojnie, ale prognozy nie pozostawiały złudzeń – nad górami szybko zbierały się ciemne chmury. Zamiast walczyć z deszczem przez kolejne godziny, plan uległ zmianie. Trasę poprowadziliśmy asfaltami przez ostatnie malownicze kilometry północnych Czech w kierunku Liberca, gdzie celem było zdążenie na pociąg do Jakuszyc.

Mimo presji czasu trudno było nie zwracać uwagi na otaczający krajobraz. Droga prowadziła przez pagórkowaty teren u podnóża Gór Izerskich i Ještědzkiego Grzbietu, mijając niewielkie miejscowości, lasy oraz rozległe łąki, z których jeszcze chwilami można było dostrzec sylwetkę Ještědu – szczytu zdobytego dnia pierwszego – w którego kierunku jechaliśmy od strony miejscowości Křižany, omijając jednak sam szczyt.

Ostatnie kilometry do Liberca były już prawdziwym wyścigiem z pogodą. Każdy postój skracaliśmy do minimum, a tempo rosło z myślą o odjeżdżającym pociągu. To jedna z tych sytuacji, które doskonale oddają charakter bikepackingu – plan trzeba dostosować do warunków, a natura często rozdaje karty.

Przejazd pociągiem z Liberca do Jakuszyc pozwolił uniknąć ulewy i jednocześnie stał się okazją do krótkiego odpoczynku przed ostatnim etapem wyprawy, czyli krótkim podjazdem do Jizerki. Za oknami przesuwały się dobrze znane już izerskie krajobrazy, a po kilku intensywnych dniach w siodle można było na chwilę odłożyć rower i spojrzeć na góry z zupełnie innej perspektywy.

Choć trzeci dzień nie przyniósł spektakularnych podjazdów ani walki o kolejne szczyty, miał swój niepowtarzalny klimat. Był dla mnie przypomnieniem, że podczas nawet 2-3 dniowej wyprawy liczy się nie tyle realizacja planu, ale również umiejętność podejmowania właściwych decyzji. Czasem największym zwycięstwem jest po prostu zdążyć przed nadciągającą burzą i zostawić sobie doskonały powód, by kiedyś wrócić na te drogi w lepszej pogodzie.

GRAVON: 3C

Jednym z największych atutów tej trasy jest różnorodność krajobrazów. W ciągu jednego dnia można przejechać od chłodnych, otwartych płaskowyżów Gór Izerskich, przez zielone doliny północnych Czech, aż po monumentalne piaskowcowe miasta skalne nad doliną Łaby. Niewiele tras w Europie Środkowej oferuje tak wyraźną zmianę charakteru otoczenia bez konieczności pokonywania bardzo wysokich przełęczy – od izerskich torfowisk po spektakularne piaskowcowe ściany Czeskiej Szwajcarii. Długie odcinki prowadzące przez praktycznie bezludne lasy, zamknięte dla ruchu samochodowego. To jedna z tych tras, na których równie często spogląda się na licznik, co odwraca głowę, by podziwiać otaczające góry.


Tekst: Malwina Łączyńska
Zdjęcia: Michał Góźdź, Paweł Borkowski, Malwina Łączyńska