/

Thule Foothill – namiot dachowy z którym możesz więcej

7 minut czytania

Podczas tygodnia na Kaszubach, przetestowaliśmy w wymagających warunkach pogodowych namiot Thule Foothill. Samochód (najlepiej z napędem na cztery koła) z Foothillem na dachu oraz rowery, to potężna kombinacja, drastycznie zwiększająca zasięg przygody i długość sezonu.


Trend ucieczki do natury, zapoczątkowany przez pandemiczny okres trwa w najlepsze i nic nie wskazuje, że może się to zmienić w najbliższych miesiącach. Szczytem obciachu, jest turnus w ciepłych krajach w 5* hotelu z all inclusive, a dziewczyny w kraciastych koszulach, przy kraftowym piwie, chcą słuchać o przygodzie w lesie, w górach i nad jeziorem. Dlatego!

Pominę na wstępie przydługą specyfikację techniczną namiotu, bo świetnie ma to rozpracowane na stronie internetowej THULE. Rządnych cyferek fascynatów tabel, odsyłam do tego miejsca: www.thule.com. W poniższym materiale skupię się na wrażeniach z użytkowania i co zmieni się w twoim życiu, jeśli choć raz spróbujesz.

Montaż i podróżowanie z Thule Foothill

Zamontowanie złożonego do kompaktowej skrzyni (210.8 x 61 x 24 cm) namiotu na belkach bagażnika nie wymaga żadnych umiejętności manualnych, tylko krzepy. Nie zrobisz tego sam. Z całą pewnością potrzeba do tego 2 osób (i to raczej brodatych chłopów). Waga namiotu to 55 kilogramów i o ile transportowanie go z piwnicy/garażu nie jest wyzwaniem, to kluczowa czynność, czyli zarzucenie na samochód, wymaga pewnej siły i koordynacji (coś jak crossfitowy zarzut sztangi na barki). Potem pozostaje przykręcenie 8 śrub do profili i w drogę. Sam system montażu pasuje do większości belek (normalnych i aero), głównie za sprawą swojej prostoty (to nic innego, jak aluminiowy profil, obejmujący belkę i przyśrubowany za pomocą zwykłych śrub i nakrętek). Dostępny jest w dodatkowej opcji, mechanizm szybkiego montażu, zamykany na kluczyk, co eliminuje od razu 2 słabe punkty – przykręcanie w mało wygodnej pozycji na dachu nakrętek (8!) i amatorów cudzej własności z kluczem 13.

Złożony namiot po zamontowaniu, zajmuje nieco ponad połowę przestrzeni na dachu, umożliwiając przewożenie jeszcze dodatkowego bagażu. Spokojnie zmieści się jeden bagażnik na rower. I o ile rowery można przewozić jeszcze na bagażniku na hak lub na klapę, to amatorzy sportów wodnych, na przewożenie swoich desek surfingowych czy kajaka, miejscem na dachu nie pogardzą. Ma to sens!

Jazda z zawiniętym w szczelny pokrowiec z kordury namiotem na dachu, nie niesie za sobą żadnych dodatkowych niedogodności, poza większym spalaniem (co nieuniknione). Nie wpływa on odczuwalnie na kierowanie pojazdem (nawet przy silnym wietrze w porywach do 60km/h jaki mieliśmy na Kaszubach). Skompresowana niczym „kanapka z szybką i serem” zawartość namiotu pomiędzy aluminiową płytą podłogową, dobrze zamknięta w pokrowcu, nie generuje żadnych uciążliwych dzięków. Nic się nie telepie i nic nie świszczy.

Rozkładanie

Ludzie podobno dzielą się na takich, którzy czytają instrukcje i na takich, którzy tego nigdy nie robią. Jako najgorsi testerzy, należymy oczywiście do tej drugiej grupy. W drodze na Kaszuby, oglądamy za to jutuby z manualem ze strony THULE. Wygląda bardzo prosto.

Całość transformacji, ze skrzyni przypominającej wyglądem, te do przewożenia sprzętu na koncertach rockowych, w pełnoprawny, 2 osobowy namiot, to sekwencja kilku czynności. Trzeba:

  1. Odpakować namiot z czarnego pokrowca, rozsuwając zamek dookoła mankietu w dolnej części pokrowca – proste.
  2. Zatrzasnąć w ryglach teleskopową drabinę (którą przewozimy w środku), aby użyć jej jako dźwigni i otworzyć „kanapkę” – proste.
  3. Wejść do środka i rozsunąć teleskopowe słupki, aby napiąć właściwą powłokę namiotu – proste.
  4. Rozciągnąć tropik za pomocą 12 metalowych prętów z zagiętą końcówką, które wciska się w metalową ramę podłogi – średnio trudne na początku, ale za 2 razem już wiadomo co i jak.

Gotowe!

Wszystkie czynności rozkładania można wykonać w pojedynkę i realnie, od drugiego razu, zajmuje to max. 10 minut. Składanie, to równie prosta sekwencja, wykonana oczywiście w odwrotnej kolejności.

Po nabraniu wprawy, więcej czasu zajmie wam wyszukiwanie w miarę równej powierzchni, na której można zaparkować samochód (można dokupić takie zmyślne podkładki pod koła do poziomowania, rodem ze świata camperów), niż samo rozbijanie namiotu. To bardzo ważne, jeśli nie planuje się mieszkania w jednym miejscu, a częste zmiany miejsca. Tutaj duży plus dla namiotu, bo można to robić bardzo sprawnie.

Życia w namiocie

W tym roku, przerobiliśmy już kilka możliwych opcji spania w outdoorze podczas rowerowych wypraw. Od romantycznego hamakowania podczas podróży przez Istraland, przez minimalistyczne spanie na alpejskich przełęczach w bivi, podczas przeprawy Turyn – Nicea, kończąc na spaniu w vanie w bazie zawodów na Gravmageddon Karkonosze – Izery Race. Wszystkie rozwiązania mają ogrom plusów, mają też minusy. Nie ma najlepszego. Najlepsze będzie takie, dopasowane do danej sytuacji, pogody i stylu podróżowania.

Po rozłożeniu Thule Foothill, powierzchnia spania wewnątrz dla 2 osób jest spora. To długa na 2 metry i szeroka na prawie 120 centymetrów, wyściełana grubym na 4 centymetry materacem, idealnie równa powierzchnia (jeśli tylko samochód jest dobrze wypoziomowany). Namiot ma szerokie wejście, duże panoramiczne okno tylne i podwójne dwa okna zapewniające przepływ powietrza i widok na niebo. W ciepłe noce można darować sobie tropik, pootwierać wszystkie okna (zostawiając zapięte moskitiery) i mieć prawdziwy domek na drzewie z widokiem na milion gwiazd. Na Kaszubach w nocy było około 5 stopni i mocno wiało. Zamiast gwiazd, oglądaliśmy netflixa.

Spania w Thule Foothill nie można porównywać, ze spaniem w normalnych namiotach – normalne namioty nie ważą 55kg! Ten namiot jest szczelny, zbudowany z grubej, odpornej na warunki atmosferyczne tkaniny, a jednocześnie przewiewnej, przez co wewnątrz nie kondensuje się para. Podczas porywistego wiatru (do 60km/h w porywach !!!), pewnie trzymał się na samochodzie, choć miny wieczorem, obserwując nadciągający huragan mieliśmy nietęgie. Pozwala odizolować się od niepogody w sposób nieporównywalny do tradycyjnych, stawianych na ziemi namiotów, zapewniając pewne schronienie. Jeśli podczas ulewy masz zatyczki do uszu, w Thule Foothill możesz spać spokojnie.

Ficzery

Thule umie w szczegóły. W środku, jak i na zewnątrz, jest sporo miejsc do mocowania lamp, kieszeni na drobiazgi. Można też popłynąć i dokupić sporo dodatkowych akcesoriów (takich jak przykładowo… uwaga: pokrowce na buty, które bezpiecznie śpią podwieszone obok drabiny). Najciekawszym, z akcesoriów, wydaje się pikowana mata izolacyjna, która można wyściełać wnętrze namiotu (sufit i ściany), zwiększając zakres komfortu termicznego wewnątrz (można to oczywiście też zrobić za pomocą cieplejszego śpiwora).

Po tygodniu życia w namiocie, uznaliśmy zgodnie, że największym ficzerem namiotu jest to, że do dyspozycji pod nim jest cała fura, którą możesz zagracić sprzętem biwakowym. Hamaczki, stoliki campingowe, książki, kawiarkę, patelnię i wszystko to, co zawsze chciałeś zabrać na bikepacking, ale minimalizm nie pozwalał. To jeszcze nie komfort campera (te zostawmy niemieckim emerytom), ale outdoor w wysokim standardzie.

Booking.com na dachu

Rocznie jeżdzę na rowerze po 10 tysięcy kilometrów. Nie jest to dystans, który zapalonych rowerzystów przyprawia o zawrót głowy – znam wielu, którzy robią dwa razy tyle (i więcej). Mój priorytet jest inny. Jeżdzę dla emocji, pięknych widoków, niesamowitych kadrów, wyjątkowych zachodów słońca. Nie ilość, a jakość!

Samochód (najlepiej z napędem na cztery koła) z THULE Foothillem na dachu oraz rowery, to potężna kombinacja, drastycznie zwiększająca zasięg przygody i długość sezonu.

Taki zestaw nie zastąpi podróżowania na rowerze w czystej postaci. Nie taki jest tego cel. To świetne rozwiązanie, dzięki któremu zyskuje się mobilność większą niż w przypadku campera (bo samochód wjedzie tam gdzie camper nie może), niezależność od infrastruktury (śpisz gdzie chcesz – tak tak, wiem że nie wszędzie wolno, ale jak się bardzo chce, to ponoć wolno), komfort (można zabrać więcej zupełnie niepotrzebnych rzeczy, a samo spanie w Foothillu jest superkomfortowe). Można w końcu przez tydzień jeździć na deszczowe i zimne wrześniowe dni na Kaszubach, być tak blisko natury, jak to tylko możliwe i ani razu nie pomyśleć o booking.com. Magia!

Złoto!

Nie ma tu za wiele minusów, poza trudną do przełknięcia ceną. Thule Foothill kosztuje 10 999,00 zł. Możesz za to pojechać na dwa turnusy all inclusive do Hurgady, ale wiadomo. Obciach! Nie ma co jednak porównywać tego namiotu z tradycyjnymi. To zupełnie inny segment, króremu bliżej pod względem funkcjonalności samochodów przystosowanych do spania w outdoorze (vanlife) lub samych camperów. A tutaj Thule Foothill wypada cenowo zdecydowanie korzystniej.

Redaktor naczelny Magazynu ETNH.

Brzmi poważnie! Od 20 lat inspiruje do podróżowania po górach. Inicjator polskiej sceny enduro, obecnie pasjonat graveli, wyścigów ultra i bikepackingu. Stale trzymający rękę na pulsie aktualnych trendów.

0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Poprzednia hstoria

Pożegnanie sezonu 2022 z Szutermaster w Bieszczadach!

Następna historia

Kultowa pętla na Chomontową dla ambitnych z Tremonti

Ostatnie autora

0
Would love your thoughts, please comment.x