Skip to main content

Od pierwszej, deszczowej Wanogi minęło już pięć lat — a wydaje się, jakby to była inna epoka. Rok 2021: garstka zapaleńców na starcie, woda lejąca się za kołnierz, mokre kaszubskie szutry i to specyficzne uczucie, że bierze się udział w czymś, co albo za rok nie będzie istnieć, albo wyrośnie na coś dużego.

Wyrosło. I to nie tylko Wanoga — wyrosła cała polska scena ultra, a tych dwóch procesów nie da się dziś od siebie oddzielić.

Najpierw była droga

Historia Wanogi zaczyna się banalnie, jak większość dobrych historii w tym sporcie: od tysięcy kilometrów przejechanych po kaszubskich szutrach przez jednego człowieka, który uznał, że szkoda trzymać to dla siebie. Piotr z Rezerwatu Przygody, wspólnie z Maćkiem Leśniakiem, wypuścił pierwszą edycję w 2021 roku — w czasach, gdy polska scena gravelowych ultra dopiero raczkowała, a słowo „bikepacking” wciąż wymagało tłumaczenia rodzinie przy niedzielnym obiedzie.

Potem poszło szybko. Edycja 2022 z kultowym już pit-stopem w Ustce. Rok 2023 — rekordowa frekwencja, ponad 600 osób na liście startowej i sześciotygodniowa susza, która zamieniła fragmenty trasy w piaskownicę dla dorosłych (kilka pionków na wanogowej planszy wtedy poleciało, ale większość dojechała). Kolejne lata przyniosły profesjonalizację, której nie powstydziłyby się imprezy z dużo dłuższym stażem: grubych sponsorów, starty falowe po 15 osób co 5 minut z pomiarem czasu netto, racebook z prawdziwego zdarzenia i pit-stopy, na których ogórki kiszone osiągnęły status kultowy.

Scena, która urosła razem z nią

Warto na chwilę odjechać od Stężycy, żeby zobaczyć szerszy kadr. W 2021 roku polskie ultra gravelowe to była nisza w niszy: kilka imprez rocznie i ludzie z którymi jeździłeś na ustawkach.

Pięć lat później kalendarz pęka w szwach: kilkadziesiąt imprez w sezonie, od zimowych ultra pokroju WATAHY, przez wiosenny wysyp gravelowych klasyków, po jesienne dogrywki. Obok Wanogi funkcjonują dziś marki, które same w sobie są instytucjami — . Standardem stały się rzeczy, które w 2021 były luksusem: dopracowane GPX-y, profesjonalny tracking, punkty żywieniowe, zabezpieczenie medyczne, kilka wariantów dystansu na jednej imprezie, żeby można było progresywnie budować formę i odwagę. Wpisowe też urosło — od imprez darmowych po kilkaset złotych za pakiet — i to bywa tematem gorących dyskusji przy piwsku w miasteczku zawodów. Ale patrząc na to, co dostaje dziś uczestnik, trudno mówić o inflacji bez pokrycia: to już nie „wyścig na czas”, tylko kompletny produkt przygodowy.

W tym pejzażu Wanoga zajmuje miejsce szczególne — nie dlatego, że jest najdłuższa czy najtrudniejsza (nie jest i nie próbuje być), tylko dlatego, że przez sześć edycji konsekwentnie wyznaczała standardy, do których reszta sceny się równała.

Stężyca, rok szósty

Szósta edycja rozłożyła się na weekend 30 maja – 1 czerwca, z bazą w Stężycy — start, meta i miasteczko zawodów przy amfiteatrze, który na trzy dni stał się gravelową stolicą Polski. Do wyboru cztery dystanse: koronna Wanoga 500 (w praktyce ok. 530 km, o czym finisherzy przypominają z mieszaniną dumy i pretensji), Wanożka 350, dwusetka i setka dla tych, którzy dopiero sprawdzają, czy to ich bajka. Na najdłuższej trasie około 5000 metrów przewyższeń — Kaszuby to nie Alpy, ale łyda, cytując organizatora, potrafi zapiec.

Sama filozofia trasy nie zmieniła się od pierwszej edycji, i całe szczęście: ponad połowa dystansu to szutry, asfaltów na pięćsetce niecałe 30%, a przebieg prowadzi przez lasy, wioski w kratę, Trójmiejski Park Krajobrazowy i wreszcie nad otwarte morze. Pit-stopy w Charzykowach i Łebie — z ciepłym posiłkiem, który po trzystu kilometrach smakuje jak trzy gwiazdki Michelin. Limit na długich dystansach: 50 godzin. Regulamin wciąż w duchu, który lubimy najbardziej: pomoc między zawodnikami nie tylko dozwolona, ale wręcz zalecana; banan z colą od znajomego — dyskwalifikacja i słusznie.

Kącik sponsora, czyli po co tam byliśmy

Na Wanogę pojechaliśmy na zaproszenie CST Poland, które wspiera imprezę jako sponsor od kilku lat. I tu ciekawostka socjologiczna: sponsoring oponiarski na ultra ma sens większy niż niejeden billboard, bo 500 kilometrów kaszubskiego miksu — od szutrostrad premium po piaszczyste przecinki — to test opon uczciwszy niż jakikolwiek laboratoryjny protokół.

Zresztą nie odkrywamy tu Ameryki — jeszcze przed startem tegorocznej edycji opublikowaliśmy poradnik „Jakie opony na Wanoga Gravel?”, w którym rozłożyliśmy kaszubską nawierzchnię na czynniki pierwsze: szutry każdej klasy, leśne dukty, bruk, piach i odcinki, na których dobra linia istnieje głównie w wyobraźni. Linkujemy nie z grzeczności, tylko dlatego, że po przejechaniu tej trasy podpisujemy się pod tamtymi rekomendacjami jeszcze mocniej — a jeśli myślicie o starcie w 2027, to jest lektura obowiązkowa przed zakupami. Krótka ściąga: sam organizator, Piotr Wierzbowski, jeździ na Tirentcie 47 mm i na ostatnim komplecie przez rok nie złapał ani jednej gumy. Trudno o lepszą rekomendację niż opona, która przeżywa wanogowe objazdy tras bez kapcia.

Wszystkie trzy modele z poradnika przemęczyliśmy w redakcji przez cały sezon — pełne recenzje poniżej:

Ewolucja bez rewolucji

Jest coś budującego w tym, jak Wanoga rośnie. Nie przez pompowanie dystansów do absurdu ani ściganie się na liczbę uczestników, tylko przez konsekwentne szlifowanie tego samego pomysłu: pokazać ludziom Pomorze z pozycji gravela i sprawić, żeby na mecie czuli się kimś. Frekwencja mówi sama za siebie — 800 sprzedanych pakietów. Weterani startujący we wszystkich edycjach dostają potężne zniżki, co jest chyba najlepszym dowodem, że organizator woli budować społeczność niż maksymalizować przychód z wpisowego.

W tłoku dzisiejszego kalendarza łatwo zniknąć. Wanoga nie znika — bo, jak mawiają stali bywalcy, co edycja to inna Wanoga, ale zawsze ta sama wędrówka.

Co dalej

Termin siódmej edycji już wisi: 28–31 maja 2027. Zapisy ruszają 1 października 2026. My swoje urlopy już blokujemy — a Wy, jeśli szukacie pierwszego ultra albo kolejnego powodu, żeby wrócić na Kaszuby, wiecie, co robić.


Tekst: Michał Góźdź
Zdjęcia: Bartek Bodzek