/

Wymyśliliśmy sobie wycieczkę…

2 minut czytania

Mediolan – Monachium, zahaczając po drodze o najwyższe przełęcze Europy. Ciekawostką jest fakt, że plan udało się zrealizować w 110%.

Niech was to jednak nie zwiedzie. Nie myślcie, że nic się nie działo.

Kłopociki zaczęły się już na starcie. Mediolan-Malpensa, godzina 17, do przejechania 80 km a tu zonk, a w zasadzie nawet dwa – brak imbusa 8 do pedałów to jeszcze pół biedy. Niedopięty kabel od di2 i przełożenie 1:1 to już znacznie większy problem. Na mapsach widzimy otwarty rowerowy sklep, 13 km dalej. Pcham więc Martkę i tak się turlamy. Rowerowy jak to w Italii, prawdziwa świątynia dla kochających kolarstwo. Ilość rarytasów na ścianach przyprawia o zawrót głowy. Usterki zostają naprawione, mili panowie pieniędzy oczywiście nie chcą. Gdy mówię, że kierujemy się w stronę Monachium spotykamy się z delikatym uśmiechem niedowierzania.

Ze sprawnymi rowerami, acz trochę głodni i zmęczeni kierujemy się pędem w stronę Lecco, gdzie czeka na nas przyjazny przytułek.

A już jutro wjeżdżamy w Alpy na dobre. Italia, Svizzera, Austria, Niemcy. Maloja, Bernina, Forcola, Lago di Cancano, Stelvio, Timmelsjoch. Zwłaszcza ta ostatnia przełęcz to prawdziwy gigant – nie licząc kilku momentów wypłaszczenia, od wyjazdu z domu na szczyt było ponad 40 km ciągłego podjazdu. Byłem tam już kiedyś, 4 lata tamu bodajże. Spałem wtedy centralnie przy drodze w aucie taty, na materacu. Na kolację zrobiłem Otztallera a nazajutrz Timmelsjoch z obu stron. Dżizas… nie wiem skąd brałem na to siły.

Wracając jednak do tegorocznej wycieczki. Mało mnie ostatnio tutaj, acz nie oznacza to broń Boże, że mniej jeździmy. Wręcz przeciwnie, korzystamy z tego co mamy tutaj ile się da. Takie dłuższe imprezy to jednak zupełnie coś innego. To jak zanurzenie się w inny świat, zupełnie oderwany od rzeczywistości, którą mamy tutaj. Wspaniale jest widzieć nowe miejsca, odwiedzać stare, poznawać nowych ludzi, i spotykać tych już znanych.

To niby tylko tydzień, ale za to tak intensywny, że dni zlewają się w całość. Akcja od rana do wieczora. Cały czas coś, ciągła zmiana otoczenia. Ilość bezinteresownego dobra nie raz przytłaczała. Człowiek mimo nawarstwiającego się zmęczenia ciągle chce więcej. Ciekawość nie pozwala zbyt długo usiedzieć w miejscu. Nie mówiąc już o tym, jak cudownie smakuje jedzenie, wygodne łóżko, ciepły prysznic. Człowiek zawęża swoje potrzeby do minimum i cieszy się z nich w pełni.

Tylko tyle i aż tyle.

PS wpis pochodzi z profilu Stafana na FB, którego uprosiliśmy o jego wykorzystanie.

Niepoprawny kolarski romantyk w "środowisku" znany jako Stefan. Żadnych cyferek, słowo ‘trening’ powoduje u niego wysypkę na lewej łydce. Esteta, marzyciel i rowerowy artysta - Stefan szuka na rowerze przede wszystkim przyjemności. Nade wszystko kocha góry i to tam czuje się najlepiej. Rower to wolność, rower to jest świat! Z tymi słowami na ustach stara się eksplorować ile może i ciągle chce więcej.

0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Poprzednia hstoria

Szutermaster Kamienna Góra – Ściganie, Las Szutras i Cyklofiesta!

Następna historia

I am BADLANDS – Rafał Palowski. Część IV (ostatnia)

Ostatnie autora

COMMUTE!

Czyli krótka opowieść tym, jak dojazdy do pracy pomagają w utrzymaniu formy i rowerowej zajawki. Zacznijmy…

0
Would love your thoughts, please comment.x