Włoskie Alpy znałam dotąd przede wszystkim z perspektywy szosowych przełęczy, a Stelvio na gravelu, podobnie jak Gavia czy Tremalzo, było dla mnie zupełnie nową historią. Zachwycały mnie długością podjazdów, monumentalnymi górami i tym, że na jeden szczyt potrafi prowadzić kilka dróg — każda inna, każda z własnym charakterem i każda odkrywająca przede mną coś nowego.
Podczas trzeciej wizyty w tej części Alp postanowiłam zmienić perspektywę. Tym razem zabrałam gravela i ruszyłam odkrywać miejsca, które teoretycznie już znałam. Szybko okazało się, że znajomość szosowych serpentyn niekoniecznie pomaga, gdy pod kołami pojawiają się szuter, betonowe płyty i kamieniste ścieżki, a podjazd, który miał być tylko kolejnym punktem na mapie, zamienia się w całkiem osobistą walkę z własnymi możliwościami.
Testowałam siebie w upale, deszczu i gradzie, w warunkach dalekich od komfortowych, ale też w momentach, w których chciałoby się po prostu zatrzymać i zostać w górach na dłużej. Bo jedno wiedziałam na pewno: chcę być tutaj jak najdłużej. Od pierwszego światła o świcie aż po ostatnie promienie zachodzącego słońca.

Stelvio na gravelu: zaczęliśmy z wysokiego „S”
— Panie Kierowniku, mam super dojazd na Stelvio! W piątek po pracy wyjeżdżam z Wrocławia, po drodze zgarniając Redaktora Naczelnego z Katowic. Nocujemy na campingu przy niemieckiej autostradzie i w sobotę przed południem meldujemy się na szczycie pod Hotelem Tybet.
Plan brzmiał całkiem rozsądnie. Dopiero przejazd przez szwajcarski Umbrail Pass i kolejne serpentyny pokazały, że nawet dojazd samochodem na Stelvio potrafi podnieść tętno. Zwłaszcza gdy próbujesz zmieścić campervana w zakrętach, które projektowano raczej z myślą o rowerach niż o mini domach na kołach.
Sobotni plan był prosty: zjeżdżamy do Bormio, gdzie czeka na nas Adam Kolarski — najlepszy lokalny przewodnik, jakiego mogłabym sobie wymarzyć. Stelvio widział już chyba o każdej porze dnia i nocy, w niemal każdych możliwych warunkach. Trudno o lepszego kompana do odkrywania gravelowych dróg w tej części Alp.
Na przełęczy około 13°C. Jak na wrzesień — całkiem przyjemnie. Do Bormio zjeżdżamy asfaltem, pokonując 38 zakrętów, które co chwilę odsłaniają monumentalne góry i skalne zbocza, miejscami wciąż pokryte resztkami śniegu. Wystarczy tych kilkadziesiąt serpentyn, żeby przypomnieć sobie, dlaczego tak bardzo lubię wracać w Alpy.
VeloPlannerW Bormio zaczynamy oczywiście od właściwego przygotowania do górskiej przygody: pasta, pizza i lody na deser. Towarzysko wszystko się zgadza. Treningowo? Powiedzmy, że nie był to najbardziej podręcznikowy początek wspinaczki.
Przed godziną 15 ruszamy w stronę Stelvio, z ambitnym planem dotarcia na górę przed zachodem słońca. Niby jeden podjazd, niespełna 2000 metrów przewyższenia. Brzmi jak coś, co da się ogarnąć w jedno popołudnie, prawda?
Szosowe Stelvio jest długie, ale dobrze znane i stosunkowo równe. Gravelowa wersja? Dłuższa, bardziej wymagająca i — przynajmniej dla mnie — zdecydowanie najtrudniejsza trasa, jaką do tej pory pokonałam. Choć uczciwie przyznaję, że być może po prostu jeszcze za mało przejechałam.
Ale po kolei.
Z Bormio ruszamy bocznymi drogami, które szybko przypominają mi, że alpejskie skróty nie zawsze oznaczają łatwiejszą drogę. Nachylenie sięga 15%, a my dopiero co skończyliśmy ucztę. Nogi mają więc okazję szybko przestawić się z trybu włoskiego dolce vita na zdecydowanie mniej słodką rzeczywistość.
Po drodze odbijamy w stronę Valdidentro, gdzie w dolinie rzeki Adda znajdują się dzikie gorące źródła. Tym razem nie starcza nam czasu na kąpiel, ale miejsce zapisuję sobie na przyszłość. Alpy mają zresztą tę właściwość, że niemal za każdym zakrętem znajdujesz kolejny powód, aby tu wrócić.
Chwilę później kończy się przyjemne rozgrzewanie. Zmienia się nawierzchnia, otoczenie i nachylenie. Zaczyna się prawdziwa górska przygoda.
Pierwsze cztery kilometry właściwego gravelowego podjazdu to solidne ugniatanie. Średnie nachylenie wynosi 11,5%, więc nie ma mowy o spokojnym kręceniu i podziwianiu widoków bez zadyszki. Trzeba pracować. I to konkretnie.
Jednocześnie z każdym zdobytym metrem zmienia się krajobraz. Drzewa stopniowo ustępują miejsca surowym zboczom, skalnym ścianom i otwartym przestrzeniom. Człowiek zaczyna czuć się naprawdę mały. I dobrze — w takich miejscach łatwo przypomnieć sobie, że nie wszystko musi być pod naszą kontrolą.
Ten odcinek miał być ponoć najtrudniejszy. Tak przynajmniej zapowiadał nasz local guide. Cóż, Adam najwyraźniej miał w zanadrzu jeszcze kilka niespodzianek.
Po pierwszej stromiźnie przychodzi chwila wytchnienia. Nadal jedziemy pod górę, ale nachylenie pozwala złapać oddech i wreszcie rozejrzeć się dookoła. Na horyzoncie dominuje masyw Ortler–Cevedale, a kolejne zakręty odsłaniają nowe perspektywy na góry i głębokie doliny.
To jeden z tych krajobrazów, których nie da się objąć wzrokiem za jednym razem. Trzeba na nie zapracować, metr po metrze, a potem co jakiś czas zatrzymać się i spojrzeć za siebie. Dopiero wtedy widać, jak wysoko udało się dotrzeć i jak niepozorna z dołu droga przecina potężne górskie zbocza.
A potem zaczyna się druga część podjazdu.
Patrzymy przed siebie i widzimy szutrowe serpentyny wijące się w stronę szczytów. Z dołu wyglądają niewinnie. Jak to w górach — tylko do momentu, gdy trzeba na nie wjechać.
Szeroka gravelowa droga stopniowo zmienia się w wąski, techniczny singiel, który bardziej przypomina trasę MTB niż klasyczny szutrowy podjazd. Wąskie agrafki, luźne kamienie i nachylenie, które skutecznie odbiera mi ochotę na dalsze udawanie, że wszystko jest pod kontrolą. Zaczyna się naprzemienne ride-a-bike i hike-a-bike.
W pewnym momencie zamiast walczyć o każdy obrót korby, wolę po prostu prowadzić rower. I nie ma w tym żadnej ujmy na kolarskim honorze. Zwłaszcza że tutaj błąd może oznaczać znacznie więcej niż nieudane podparcie się nogą. Wąska ścieżka, ekspozycja i przepaść obok sprawiają, że skupienie wchodzi na zupełnie inny poziom. W głowie pojawia się też myśl, że dobrze, że przed wyjazdem wykupiłam ubezpieczenie Bezpieczny Powrót.
Co ciekawe, im trudniejsza staje się trasa, tym piękniejsze wydają się góry.
Słońce zaczyna chylić się ku zachodowi i urządza nam prawdziwy spektakl. Chmury raz odsłaniają rozświetlone zbocza, raz zasłaniają słońce, pozostawiając na niebie kolorową łunę. Co jakiś czas promień światła trafia w twarz, która zdążyła już porządnie zmarznąć. Przez chwilę zapominam o zmęczeniu, a potem patrzę przed siebie i znów przypominam sobie, że to jeszcze nie koniec.
Na wysokość Umbrail Pass docieramy już po zachodzie słońca. Do samego Stelvio zostają nam trzy kilometry, które pokonujemy asfaltem. Kolejny gravelowy wariant, rozrysowany przez Adama, musi poczekać na następną wizytę. I dobrze — przynajmniej mam po co wracać.
Za nami długi dzień, wykorzystany niemal do ostatniej minuty światła. Ostatnie kilometry pokonujemy po ciemku, a na szczycie czeka na nas ciepła herbata w ostatniej czynnej restauracji.
Tego dnia było wszystko: zachwyt, zwątpienie, przypływy kolarskiej euforii i momenty, kiedy serce waliło mi ze strachu. Potrzebowałam chwili, żeby docenić ten podjazd i poukładać sobie wszystkie emocje. Wiedziałam jednak, że to nie była kolejna trasa do odhaczenia.
Następnego ranka obudził nas wschód słońca. Góry, które poprzedniego dnia wydawały się nie do pokonania, teraz mogliśmy oglądać w zupełnie innym świetle. I chyba właśnie wtedy dotarło do mnie, że niektóre trasy zostają z człowiekiem na dłużej nie dlatego, że są piękne, ale dlatego, że każą mu przejść przez coś trudnego.

Śniadanie na Stelvio, kolacja na Gavii
Gdybym miała wybrać jedną przełęcz, na którą chciałabym wracać bez końca, byłaby to Gavia. Przynajmniej na razie, bo mój kolarski dorobek wciąż pozostawia sporo miejsca na kolejne odkrycia.
Po raz pierwszy podjeżdżałam ją od strony Ponte di Legno w 2022 roku. Pamiętam, jak droga wychodząca z niewielkiego miasteczka szybko zmienia się w wąską asfaltową nitkę prowadzącą przez las. Pojawiają się odcinki o nachyleniu 14–16%, po których przychodzi krótkie wypłaszczenie. W sam raz, żeby złapać oddech, ale zdecydowanie za krótko, żeby uznać sprawę za załatwioną.
Im wyżej, tym mniej zieleni i więcej surowych, skalistych zboczy. Las ustępuje miejsca otwartej przestrzeni, a góry zaczynają odsłaniać swoje monumentalne oblicze. To jeden z tych podjazdów, których nie zapomina się łatwo.
VeloPlannerTym razem Gavia staje się naszą bazą wypadową. Baza noclegowa jest na parkingu na przełęczy, na wysokości około 2600 metrów i to stąd ruszamy odkrywać jej gravelowe oblicze. Wrześniowy poranek jest rześki, a słońce potrzebuje chwili, żeby wychylić się ponad otaczające nas szczyty. Trudno mieć o to pretensje — na tej wysokości nawet ono nie musi się spieszyć.

Zaczynamy od długiego zjazdu w stronę doliny Valtellina i Bormio. Wraz z kolejnymi kilometrami surowe, skaliste krajobrazy ustępują miejsca zieleni. Góry nie znikają jednak ani na chwilę — zmienia się tylko perspektywa.
W okolicach Santa Caterina Valfurva odbijamy w leśną drogę, która zaskakuje nas krótkimi, stromymi ściankami i prowadzi dalej w stronę Bormio. Otaczają nas górskie potoki, lasy i polany, a ponad doliną wciąż wyrastają potężne ściany gór. To przyjemna odmiana po wysokogórskiej surowości Stelvio, choć słowo „przyjemna” niekoniecznie odnosi się do wszystkich nachyleń na trasie.
Na liczniku mamy już blisko 45 kilometrów, gdy Garmin przypomina nam, że przed nami jeszcze skromne 24 kilometry wspinaczki. Tak, dobrze czytacie. Górska wycieczka ma to do siebie, że czasem najciekawsze zostawia na sam koniec.
Przed nami bardzo urozmaicony podjazd: około 17 kilometrów stromego terenu, krótki zjazd i finałowe sześć kilometrów asfaltu na przełęcz.
Zaczynamy we Frontale, skąd kierujemy się w stronę Fumero. Pierwsze siedem kilometrów daje mi do zrozumienia, że nie będzie to spokojne kręcenie wśród alpejskich widoków. Serpentyna goni serpentynę, nachylenie nie odpuszcza, a góry z każdym zakrętem pokazują coraz więcej.
Jest ponad 30°C. We wrześniu. W teorii miało być już trochę jesiennie, ale najwyraźniej nikt nie poinformował o tym włoskiego słońca.
Docieramy do Fumero i na chwilę łapiemy oddech na płaskowyżu. Chwila jest jednak względna, bo przed nami kolejne dziewięć kilometrów wspinaczki. Skręt w drogę z betonowymi płytami nie pozostawia złudzeń: będzie stromo.
I jest. Szuter przeplata się z betonem, a nachylenie w okolicach 12% zaczyna wyglądać niemal przyjaźnie. Zwłaszcza gdy chwilę później trafiamy na dwa kilometry ze średnią bliską 14%.
Ubijanie kapuchy trwa w najlepsze.
Kiedy wreszcie docieramy do przepięknej doliny otoczonej górami, mam ochotę po prostu zostać tam na zawsze. Najchętniej bez dalszego kręcenia, bez kolejnych metrów przewyższenia i bez konieczności sprawdzania, co jeszcze wymyślił nasz przewodnik.
Niestety pogoda ma inne plany. Niebo przed nami przybiera coraz ciemniejsze odcienie granatu, a chmury nie wyglądają na takie, które przyszły tylko popatrzeć. Po krótkim postoju ruszamy więc dalej, ponownie wjeżdżając na szutrowo-betonową drogę.
Finał podjazdu to kolejny odcinek trekkingowy, przeplatany krótkimi fragmentami jazdy. Hike-a-bike przestaje być wyjątkiem, a staje się całkiem naturalną częścią wycieczki. Wąska ścieżka prowadzi przez skalistą, górską polanę. Z jednej strony czuję ulgę, bo szczyt jest już blisko. Z drugiej — chciałabym zatrzymać ten moment, w którym zmęczenie miesza się z radością, a człowiek ma poczucie, że naprawdę jest w górach.
Na szczyt docieramy w idealnym momencie. Zaczyna nieśmiało padać, więc zakładamy kurtki i ruszamy w stronę asfaltu, którym prowadzi ostatnie sześć kilometrów na przełęcz. Po drodze chowamy się pod daszkiem i czekamy, aż deszcz postanowi zmienić plany.
Droga na szczyt jest pusta. Nie ma samochodów, motocykli ani innych kolarzy. Jest chłodno, spokojnie i tak pięknie, że nawet nie mam ochoty sprawdzać, ile jeszcze zostało do końca.
Na Gavii wszystko wydaje się znajome, ale jednocześnie zupełnie inne niż podczas mojej pierwszej wizyty. Tym razem nie chodzi tylko o zdobycie przełęczy. Chodzi o możliwość pobycia w miejscu, które już wcześniej skradło mi serce, i zobaczenia go z nowej perspektywy.
Na górze zauważamy grad na przedniej szybie samochodu. Cieszę się, że ominęły nas te lodowe pociski podczas wspinaczki. Gdyby jeszcze grad miał mi zepsuć odbiór tego miejsca, musiałabym poważnie porozmawiać z alpejską pogodą.
Ta zresztą urządza nam prawdziwy pokaz: deszcz, wiatr, pioruny, grzmoty i słońce przebijające się przez przewalające się nad górami chmury. A my? Gotujemy makaron i siedzimy pod markizą, obserwując pogodowy dancing.
Trudno o lepszą kolację na Gavii.

Zmiana planszy – graveLOVE Tremalzo
Prognozy nie pozostawiają złudzeń: nad Alpy nadciąga deszcz, który nie zamierza dawać nam zbyt wielu okazji do jazdy. Pada więc spontaniczna propozycja: a może Garda? Tam przecież zawsze jest cieplej.
Kilka godzin później, po pobudce o piątej rano, ruszamy w stronę słońca. I tym razem trafiamy w dziesiątkę. Ciepło, a właściwie żar, czuć już po otwarciu drzwi samochodu. Śniadanie nad Lago di Ledro, zjedzone w południe, zapowiada kolejny dzień pełen wrażeń.
Tym razem gravelową stronę Tremalzo, tę trudniejszą technicznie, pokonujemy w dół. Wspinaczkę zaczynamy szosą, od przejazdu przez przepiękną dolinę, a następnie ruszamy na blisko 15-kilometrowy podjazd w stronę szczytu.
VeloPlannerTo trasa, która nie pozwala się nudzić. Na początku jedziemy przez soczyście zielone doliny i leśne drogi, dające trochę wytchnienia od słońca. Z czasem krajobraz staje się bardziej surowy: pojawiają się skaliste zbocza, otwarte przestrzenie i coraz szersze panoramy.
Podjazd momentami ciągnie się niemiłosiernie, szczególnie gdy temperatura przekracza 30°C. Ale właśnie ta zmienność sprawia, że trudno oderwać wzrok od otoczenia. Raz jedziemy w cieniu drzew, za chwilę wyjeżdżamy na otwartą przestrzeń, gdzie słońce przypomina nam, kto dziś rozdaje karty.
Po drodze trafiamy na źródełko. Woda ma być ratunkiem dla rozgrzanego ciała i zmęczonej głowy, więc bez większego zastanowienia wylewam bidon na siebie. Jakie jest moje zdziwienie, gdy okazuje się, że woda jest słona! Cóż, nie każda górska fontanna zapewnia orzeźwienie rodem z reklamy izotoników.
Wyżej las zaczyna ustępować miejsca łąkom, trawiastym zboczom i otwartym halom. W rejonie Tremalzo i Malga Giù szczególnie dobrze widać ten kontrast: zieleń miesza się ze skałami, a górskie grzbiety układają się w kolejne plany rozległej panoramy. Przy dobrej widoczności można wypatrywać masywu Adamello i okolic jeziora Garda.
To jeden z tych momentów, gdy podjazd przestaje być wyłącznie walką o kolejne metry przewyższenia. Owszem, nogi swoje wiedzą, ale głowa coraz częściej zajmuje się czymś zupełnie innym.
Koniec asfaltu oznacza dla mnie początek najciekawszej części trasy: gravelowego zjazdu.
Przed nami serpentyny wijące się w dół, wąskie drogi, luźne kamienie i tunele wydrążone w skałach. Do tego widoki, które co chwilę każą zwolnić, rozejrzeć się i pomyśleć, że mogłabym tędy zjeżdżać bez końca.
Technicznie nie jest to najłatwiejszy fragment. Wąsko, kręto, miejscami luźno pod kołami. Ale właśnie za takie trasy lubię gravela: za możliwość wjechania tam, gdzie asfalt się kończy, i odkrywania gór z bliska, bez oddzielającej nas od nich szyby samochodu czy szerokiej drogi.
Z każdą kolejną serpentyną krajobraz nieznacznie się zmienia. Surowe górskie masywy zostają za nami, a droga stopniowo prowadzi w stronę bardziej zalesionych terenów. Chciałabym zatrzymać ten zjazd na dłużej, choć wiem, że rozsądek czasem podpowiada, żeby jednak skupić się na tym, co dzieje się pod kołami.
Na trasie spotykamy niewielu gravelowców. Tym większe jest zdziwienie panów na elektrykach, którzy z uznaniem komentują nasze umiejętności zjeżdżania z Tremalzo. Dla takich chwil warto czasem ubrudzić rower, nogi i własne ambicje. Komplement od przypadkowych spotkanych w górach ludzi? Bezcenny.
Po wymagających podjazdach na Stelvio i Gavii zjazd na Tremalzo jest dla mnie czystą frajdą. Wreszcie mogę chłonąć otoczenie z nieco innej perspektywy, przyglądać się górom z bliska i cieszyć się samą jazdą.
To jedna z tych tras, które chciałabym pokonać również w drugą stronę. Wiem, że podjazd gravelową drogą będzie bolał, ale po tym, co zobaczyłam na zjeździe, jestem przekonana, że zdecydowanie jest tam po co wracać.
Nie tylko po kolejny szczyt
Alpejska przygoda na gravelu była dla mnie trochę jak odkrywanie nieznanych miejsc, choć przecież wiele z nich znałam już z szosowych wycieczek. Szybko przekonałam się jednak, że ta sama góra potrafi pokazać zupełnie inne oblicze, gdy zamiast asfaltu pojawiają się szuter, kamienie i ścieżki prowadzące przez miejsca, w których samochód nie ma już czego szukać.
Gravelowe podjazdy dały mi znacznie więcej niż kolejne zdobyte przełęcze. Było więcej emocji, więcej bliskości z naturą i więcej momentów, w których trzeba było odpuścić, zejść z roweru i zaakceptować, że nie wszystko da się przejechać. I że wcale nie musi się dać.
Bo właśnie w tym tkwi dla mnie magia takich wypraw. Nie chodzi o to, żeby za wszelką cenę wjechać na szczyt, wykręcić najlepszy czas czy odhaczyć kolejną ikoniczną przełęcz. Chodzi o to, żeby znaleźć własny sposób na przeżywanie gór — czasem na szosie, czasem na gravelu, a czasem po prostu z rowerem prowadzonym obok siebie.
I po prostu być. Najlepiej jak najdłużej, od świtu do nocy.

Tekst: Malwina Łączyńska
Zdjęcia: Michał Góźdź, Malwina Łączyńska



